Menu Zamknij

Klasyk Podkarpacki -wyścig spadających liści

W tym roku trzecią edycję Klasyku Podkarpackiego mogę śmiało nazwać wyścigiem spadających liści. Mające swój czas jeden dzień po włoskim „oryginale” – Il Lombardia – zmagania, mimo późnego terminu, zgromadziły na starcie niespełna 200 zawodników i zawodniczek. Jako, że wyścig ten odbywa się w moich rodzinnych rejonach, to oczywiście i mnie na starcie zabraknąć nie mogło!

Trasa, jak co roku, minimalnie modyfikowana. W porównaniu do zeszłorocznej edycji zmieniona została meta. Tym razem nie na podjeździe, ale w miejscu startu – w Lubenii. Choć meta zlokalizowana na płaskim terenie, to jednak wyścig wcale płaski nie był. Na 76km przewyższeń do zdobycia było aż 1300 metrów. Po drodze perełki podrzeszowskich podjazdów, same nomen omen… klasyki podkarpackie.

Pierwotnie zawody te odbyć miały się w lipcu. Następnie, z uwagi na niekończący się remont jednej z dróg lokalnych, przeniesiono je na końcówkę sierpnia, by na trzy dni przed tą datą poinformować, że jednak wyścig odbędzie się dopiero 10 października. Nieco mnie to wszystko zdenerwowało. Końcem sierpnia znajdowałem się w super formie, a dodatkowo poirytowany niepowodzeniami na Tour de Pologne Amatorów i Klasyku Beskidzkim chciałem przyjechać tutaj powetować sobie te pechowe starty. Dlatego też w jednym z facebookowych komentarzy nieco oberwało się organizatorom ode mnie, za co przepraszam, bo jednak czekać było warto!

A dlaczego było warto? Po tym nieco przydługawym wstępie zapraszam na relację, moim okiem, z wyścigu!

Start, jak co roku, nietypowo późno, bo dopiero o godzinie 12:30. Poranna ujemna temperatura oraz szron po horyzont zostały więc do tego czasu pokonane przez pełne słońce. Przed startem miła niespodzianka. Dla czołówki z zeszłego sezonu przygotowany został pierwszy sektor, dzięki czemu po raz pierwszy od dawna mogłem na legalu ustawić się w pierwszej linii 😀

Na starcie kilku mocnych zawodników, z dwoma (dla mnie) objawieniami tego sezonu na czele – Dawidem Nytko oraz Maciejem Potuchą. Poza nimi, moi starzy dobrzy znajomi – bracia Mateusz oraz Patryk Burda, Marcin Korzeniowski, Paweł Książek, czy też mój kumpel Michał Pałys.

Ruszyliśmy bardzo spokojnie, pierwsze kilka kilometrów do pierwszego podjazdu przebiegło bez większej historii. Na pierwszej górce w Straszydlu do pracy zabrał się Potucha, który nie zważał, że jest pod wiatr i mocno napierał w korby. Do selekcji, jak się można było spodziewać, nie doszło i na szczyt wjechaliśmy około 50 osobową grupą. Następnie krótki zjazd i później kilka kilometrów płaskiego z tendencją w dół pod wiatr.

A propo wiatru – ten w niedzielę rozdawał karty. Nieprzyjemny, zimny wiejący ze wschodu z prędkością ponad 20km/h w porywach osiągał nawet dwa razy tyle. Spodziewałem się, że to może być kluczowy czynnik w walce o czołowe lokaty.

I tak też było. Przed drugim podjazdem postanowiłem przesunąć się na front grupy, aby początkowo stromy podjazd – Ujazdy zacząć jak najbardziej z przodu. Nie spodziewałem się jednak, że rozpocznę go kilka sekund przed zasadniczą grupą. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że wyszedłem pierwszy po jednym z zakrętów, ktoś z tyłu puścił koło, a ja zostałem sam z przodu. Wiedziałem, że to nie moment na głupie akcje, więc spokojnie jechałem swoje. Napędzona grupa wpadła za mną na podjazd i początkowo miałem trochę trudności z utrzymaniem tempa. Spadłem w okolice 15 miejsca i gdzieś po kilometrze na bocznym wietrze utworzyły się kolarskie ranty. Póki nikt nie puszczał koła, to wszystko było jeszcze w porządku. Niestety jeden z zawodników przede mną nie zmieścił się na wachlarzu i zrobiła się luka. Postanowiłem ją zespawać. Dociągnąłem do koła zawodnika przede mną, ale i ten puścił akurat koło. Byłem mocno już zagotowany i odwróciłem się zobaczyć jak wygląda sytuacja. Za mną było około 10 osób.

Musiałem odpuścić samotną pogoń (z braku sił) i postawiłem na to, że grupowa współpraca sprawi, że na płaskowyżu dogonimy 7-osobową ucieczkę. Niestety współpraca nie szła jakoś wybitnie. W pewnym momencie chciałem dać mocniejszą zmianę. Zjechałem do lewej, gdyż to właśnie z tej strony napierał wiatr, pochyliłem się nisko na kierownicy i zacząłem cisnąć swoje.

Po chwili obróciłem się i zobaczyłem, że zostałem sam. Stwierdziłem, że trzeba spróbować dospawać. Ale niestety zawisłem około 10 sekund za pierwszą grupą i 10 sekund przed grupą goniącą. Po chwili zdałem sobie sprawę, że to nic nie da i wróciłem do grupy. Po zjeździe okazało się, że było nas około 8 osób.

Kilka soczystych zmian na płaskim raczej powodowało, że czołówka nam nie odjeżdżała, niż my odrabialiśmy straty. Trzeci podjazd w miejscowości Hłudno chciałem pojechać tyle, ile mam pod nogą. Na szczycie zameldowałem się z Damianem Malitą oraz Patrykiem Burdą. Na zjeździe wspomniana dwójka nieco mi odskoczyła, gdyż ostatnio mistrzem zjazdów niestety nie jestem, ale u podnóża mojego ukochanego podjazdu – Izdebki miałem dwójkę na widelcu.

Całe Izdebki jechałem bardzo równo, za mną utrzymać zdołał się tylko Patryk, a przed nami majaczyła sylwetka jednego z kolarzy, którzy nie utrzymali tempa czołówki. Tym kolarzem był Paweł Książek, którego dogoniliśmy na zjeździe. W między czasie dojechał też Damian i w czwórkę popędziliśmy na dół. Końcówkę technicznego zjazdu znów moja głowa musiała odpuścić i podjazd numer pięć był dla mnie ponownie solową gonitwą. Kolejny zjazd był prosty jak… drut, wiec tym razem nie poniosłem żadnych strat. Przed nami dostrzegliśmy dwójkę kolejnych zawodników, którzy także nie byli w stanie utrzymać się w czołówce. Karola Kaima i Marcina Korzeniowskiego mieliśmy na około 30 sekund i sukcesywnie odrabialiśmy dystans.

Podjazd numer 6 (nie wiem jak się nazywa i nie chcę wiedzieć – bo go po prostu nie znoszę!), czyli podjazd pod bufet. Rozpoczęliśmy dość niemrawo. Znowu musiałem podgonić tempo, aby nie zamulić pogoni. Przed szczytem na mocniejszą zmianę zdecydował się także Paweł i właściwie do Marcina i Karola mieliśmy już tylko około 10 sekund straty. Na bufecie dwa szybkie łyki z bidonu, a następnie szybki zjazd.

Wspominaną dwójkę dogoniliśmy u podnóża przedostatniego podjazdu. Ktoś na poboczu krzyknął, że mamy około 1 minutę straty do prowadzącej czwórki – Dawida Nytko, Macieja Potuchy, Mateusza Burdy oraz Alberta Głowy. W międzyczasie od grupy odpadł Damian. Na szczycie licznik mój wskazywał przejechane 66km, co wydało mi się nieco dziwne, gdyż kojarzyłem, że tegoroczny dystans ma wynosić 85km, a z tego miejsca do mety pozostawało nie więcej jak 10km… Przez chwilę zacząłem się nawet zastanawiać, czy czasem nie pomyliliśmy trasy.

Jednak nic z tych rzeczy! Zjazd do Straszydla odbywał się po tej niesławnej drodze, dzięki której zawody przekładano aż dwukrotnie. W zeszłych latach była tutaj fatalna nawierzchnia, a wręcz szuter. Teraz został stworzony piękny dywanik pomiędzy drzewami mieniącymi się w jesiennych barwach. Istna uczta dla oczu i duszy!

Ostatni podjazd zaplanowany w tym roku przez organizatorów w ubiegłych latach prowadził już tylko na metę. Teraz czekać miał nas jeszcze zjazd, dlatego nikt od nas nie zdecydował się na jakiś szalony atak. Jednak mocniejsze tempo sprawiło, że od grupki odpadł Patryk. Pierwszy mocniejszy atak przeprowadził Karol Kaim, którego koła starałem się dotrzymać, jednak zrobiła się kilkunastometrowa luka, której nie chciałem łatać jednym skokiem. Korzystając z tego, że było z wiatrem stwierdziłem, że bardziej opłaci mi się jazda z przodu równym tempem. Dystans wciąż nie malał, a tuż przed szczytem na przeskok zdecydował się Marcin, w ślad którego poszedł Paweł. Ja, nieco przytkany, zdołałem z lekkim trudem doskoczyć po chwili do ich koła, jednak nie byłem w stanie dać już zmiany. Po chwili dogoniliśmy Karola i w czwórkę pomknęliśmy w dół. Mówiłem już, że nie jestem królem zjazdów?

Tak też było i tym razem, dwa ostre zakręty – najpierw w lewo, a później w prawo sprawiły, że znów miałem kilka sekund straty. Szczęście moje, a pech Marcina sprawiły, że przestrzelił on ten ostatni zakręt i w momencie gdy się rozpędzał na nowo, to ja już byłem na jego kole i nieco wykorzystując jego pracę mogłem zacząć myśleć o finiszu.

Tuż przed finałem doszło do niebezpiecznego incydentu, lewą stroną z przeciwka niespodziewanie zza zakrętu wyjechał motocykl zabezpieczający zawody. Jadąc na kole Marcina dosłownie w ostatniej chwili odskoczyłem na prawą stronę jezdni i uniknąłem nieprzyjemnego zdarzenia. Na ostatnie 200 metrów grupę przyprowadził Marcin, a finisz z prawej strony jako pierwszy rozpoczął Karol. Ja postanowiłem wyjść z lewej i około 10 sekundowym sprintem o przysłowiowy błysk szprychy pokonałem Karola zajmując tym samym piąte miejsce. Siódmy był Marcin, zaś ósme miejsce przypadło w udziale Pawłowi.

Dwie minuty przed nami toczącą batalię o zwycięstwo wygrał Dawid Nytko przed Potuchą oraz Głową. Honoru Podkarpacia w pierwszej grupie bronił Mateusz Burda, który zajął czwarte miejsce.

W kategorii wiekowej do lat 29 zająłem czwarte miejsce, ale za to na pudle udało mi się stanąć w klasyfikacji Mistrza Podkarpacia!

Właściwie powinienem napisać, że pojechałem całkiem fajne zawody, bo dyspozycja była naprawdę super. Szkoda głupiego błędu taktycznego na rantach, który sprawił, że nie mogłem powalczyć ze ścisłą czołówką. Nie mniej jednak po raz trzeci z rzędu poprawiłem tutaj swoją lokatę. W 2019 roku byłem 13sty, rok później 9ty, a w tym roku 5ty. Liczby mówią, że za rok powinienem to wygrać i właśnie tej myśli będę się trzymał!

Dziękuję organizatorom tego wydarzenia, którzy robią serio super robotę! Myślę, że śmiało mogę Klasyk Podkarpacki nazwać moim drugim ulubionym wyścigiem w kalendarzu (po Klasyku Beskidzkim rzecz jasna). Wojtek Kwiatek i ekipa – brawo!

Dziękuję wszystkim, którzy dopingowali mnie przy trasie! To jest uczucie wręcz nie do opisania, właściwe na każdym podjeździe była przynajmniej jedna osoba, która wykrzykiwała moje imię i zagrzewała do walki. Myślę, że i to sprawiło, że dałem z siebie tym razem nieco więcej niż daję zwykle na zawodach.

Dziękuję także rywalom za walkę fair play na trasie. Szczególny ukłon dla Patryka Burdy, który mimo, że miał swojego brata w odjeździe, to w pewnym momencie dawał także mocne zmiany, a przecież mógł powiedzieć, że ma swojego w odjeździe.

Do zobaczenia za rok!!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *