Menu Zamknij

Bergamo i Lombardia rowerem szosowym

Jest takie miasto na mapie połączeń lotniczych Ryanaira, do którego z Polski praktycznie zawsze można wyłapać bilety w niesamowicie niskich cenach. Tym miastem jest właśnie tytułowe Bergamo. Miejscowość ta położona jest we Włoskiej Lombardii, niespełna 60km od centrum biznesowego – Mediolanu. Bergamo samo w sobie jest niezwykle uroczym miastem i zapewne wiele osób obiera sobie go za cel przy okazji podróży do wcześniej wspomnianego Mediolanu. A jakie – kolarsko – jest to miasto (a raczej jego okolica)? O tym właśnie będzie ten tekst!

Dlaczego właściwie Bergamo?

Po pierwsze – kolega Michał, z którym akurat tam byłem, studiował tam przez jakiś czas i w jego opowieściach okolica ta jawiła się jako super kolarskie miejsce. Po drugie – ceny biletów!

Gwoli logistyki, na wyjazd wyruszyliśmy we trójkę. Myślę, że jest to optymalna liczba osób, chociaż przy 4 osobach koszty mogłyby rozłożyć się jeszcze lepiej. Dlaczego? Ano dlatego, że noclegi dla 4 osób są w bardzo podobnej cenie, co dla 3 osób. Ponadto, do samolotu dwie osoby mogą spakować się w jeden sportowy bagaż lotniczy. Co, zarówno przy 3, jak i 4 osobach oznacza, że i tak trzeba wykupić dwa bagaże. My zdecydowaliśmy, że dwa rowery polecą z nami w kartonach, natomiast trzeci – mój – spakuję w specjalną walizkę do przewozu rowerów – Thule.

Jak przewieźć rower w samolocie?

W Ryanairze (oraz w większości linii lotniczych), aby przewieźć sprzęt sportowy np. rower, należy wykupić specjalny bagaż. Cena takiego bagażu u wspomnianego przewoźnika wynosi prawie 300PLN w jedną stronę. Jak widzicie, dzieląc ten koszt na pół mamy oszczędność rzędu 300PLN! Limit takiego bagażu oficjalnie u tego przewoźnika wynosi 29kg, jednak zdecydowanie nie może on przekroczyć 32kg, gdyż nawet jeśli chcielibyśmy zapłacić za nadbagaż, to i tak nie zostałby on zabrany do samolotu. Najlepiej jest spakować sprzęt do kartonów po rowerze i zlepić oba ze sobą taśmą oraz folią typu strech. Nie ma limitu wymiarowego, zatem tylko waga nas może ograniczyć. Rowery szosowe zazwyczaj są bardzo lekkie, więc do takich kartonów śmiało wejdą także nasze podręczne rzeczy typu: buty, kask, ciuchy itd. Na lotnisku z takim bagażem podchodzi się jak do odprawy zwykłego bagażu rejestrowanego, a po jego rejestracji trzeba zanieść go w odpowiednie miejsce celem jego oddania.

Tytułem podsumowania bagażu: zdecydowanie polecam opcję zapakowania się w karton, aniżeli w „trumnę” od Thule. Po pierwsze – rowery są dużo bardziej stabilnie zapakowane. A po drugie są po prostu lżejsze. Sama walizka od Thule waży 17kg, a do tego jest niezbyt poręczna przy poruszaniu się z nią.

Jaki nocleg w Bergamo?

Skazując się na podróż samolotem jednocześnie skazujemy się na poszukiwanie noclegu w granicach miasta. Jeśli planujecie podróż w miesiącach letnich, to zdecydowanie weźcie nocleg z klimatyzacją. My, chcąc ograniczyć koszty, nie zdecydowaliśmy się na mieszkanie klimatyzowane. Efektem tego były niezbyt dobrze przespane noce. Gdy zamykaliśmy okna, to było duszno nie do wytrzymania. Gdy zaś okna w nocy były otwarte, to co chwila budziły nas odgłosy motocykli oraz dziwnych maszyn do czyszczenia ulic… Zapomniałem dodać – nasz wyjazd odbył się w ostatnim tygodniu czerwca.

Jak dostać się z lotniska w Bergamo do centrum? 

W trzy osoby, gdy każda wyposażona jest w duży bagaż ciężko jest zamówić taksówkę z Ubera albo innego Bolta, bo gwarancja, że wejdziemy do niej wszyscy graniczy raczej z cudem. Z pomocą przychodzą autobusy miejskie. Czas podróży to około 15 minut, a bilet kosztuje około 3 euro. Kierowca najprawdopodobniej na wasz widok z ogromną walizą rozłoży ręce i powie po włosku coś z stylu: no chyba zwariowaliście, nie ma szans, że ze mną pojedziecie. Jednak, gdy spróbujecie z nim pogadać po Polsku (Włosi nie za bardzo ogarniają angielski, więc nie ma sensu taka próba), to najprawdopodobniej się podda i pozwoli wam przewieźć sprzęt. Sprawdzona metoda!

Gdzie na rower w Bergamo?

Temat rzeka! My do dyspozycji kolarskiej mieliśmy okrągły tydzień. W ciągu tych siedmiu dni można tak naprawdę odwiedzić wszystkie najważniejsze podjazdy w najbliższej okolicy.

Chyba najsłynniejszym z nich jest Selvino. To właśnie ten podjazd obraliśmy sobie za cel na sam początek przygody. Wyjechaliśmy z Bergamo na północny wschód przez miejscowości Ranica oraz Alzano Lombardo. Niezbyt przyjemna droga z dość dużym ruchem. Jednak za bardzo nie było alternatywy. Podjazd zaczyna się w miejscowości Nembro i bardzo gładkim asfaltem wznosi się równym nachyleniem po malowniczych serpentynach. Na niespełna 10km pokonujemy równo 600 metrów przewyższenia i lądujemy na 910m n. p. m. Parafrazując pewne powiedzenie: kto był w Alpach, ten takimi górkami się zachwycał nie będzie. Jednak dla kogoś, kto na co dzień mieszka w Warszawie to jest to jakaś przyjemna odmiana. W drodze na szczyt było niesamowicie upalnie. Licznik wskazywał ciągle około 37 stopni, a cienia było jak na lekarstwo. Na szczęście na szczycie jest źródełko z lodowatą wodą zdatną do picia! W okolicy też jest sporo knajp i kawiarni. Jednak nie coffee ride’y były nam w głowie pierwszego dnia. Przyjechaliśmy z misją odwalić kawał dobrej, nikomu nie potrzebnej, treningowej roboty.

Zjazd w stronę Zogno nie posiada najlepszej nawierzchni, więc trzeba uważać! Żeby nie kończyć naszej jazdy na jednej górce to pojechaliśmy sobie na dokładkę dwie mniej znane hopki na północ od Bergamo. Pierwsza to nawet nie wiem jak się nazywa, a druga to „Bura”. Obie bardzo fajne dróżki, z nieco większą ilością zadrzewienia, więc w upalne dni jest to dość rozsądny wybór.

Dnia drugiego postanowiliśmy zdobyć wysokość 2000m n. p. m. Taką atrakcję zagwarantuje w tej okolicy Passo San Marco. Wnikliwi czytelnicy mojego bloga powinni znać już ten podjazd, gdyż około 9 miesięcy wcześniej miałem już niezwykłą przyjemność jechać ten podjazd, o czym przeczytacie TUTAJ.

Na San Marco można dojechać bezpośrednio z Bergamo doliną Val Brembo. Do szczytu droga wiedzie praktycznie ciągle pod górę, a tego podjazdy wyjdzie około… 70 kilometrów. Minusem takiego rozwiązania jest konieczność powrotu praktycznie tą samą drogą… Dlatego my postanowiliśmy podjechać pociągiem do miejscowości Morbegno i stamtąd podjechać San Marco od strony północnej (w mojej opinii tej fajniejszej, choć bardziej zalesionej). Pociąg kosztuje około 10 euro i z przesiadką w Lecco jedzie około 1,5h. Chętni mogą zakupić bilet także na przewóz roweru, jednak w praktyce nikt tego chyba nie weryfikuje. Przewóz roweru odbywa się nieco „na dziko”. Może się zdarzyć, że będzie akurat pociąg ze specjalnymi hakami na rowery, ale gdy trafi nam się starszy typ roweru to zdani jesteśmy na własną inwencję twórczą.

Sam podjazd Passo San Marco to aż 1800m przewyższenia! A więc dokładnie tyle, ile słynne Passo dello Stelvio. My postanowiliśmy podjechać tę górę niesamowicie mocno. Na początku trochę nierówne tempo spowodowane głupimi skokami, później zaś równa jazda po zmianach zaowocowała tym, że na szczyt dojechaliśmy w czasie niewiele powyżej 1,5 godziny. Co było 45 wynikiem na leaderboardzie Stravy. Naszą wielką dumę z tego wyniku przyćmił fakt, że 1,5 minuty szybciej od nas wyjechał tam sprinter Fernando Gaviria, który w dodatku w połowie podjazdu zrobił sobie dwie minutki przerwy… cóż, nawet do sprinterów w górach nam trochę brakuje, a co dopiero do górali…

Zjazd z San Marco na południe to już kompletnie inny świat. Temperatura dużo wyższa, a widoki bardziej „zielone”. Deserem tego dnia był podjazd Monte Avaro. Aby powiedzieć coś szczerze o tej górce, to musiałbym się sporo nakląć… A tego robić nie chcę, wiec powiem dyplomatycznie: w temperaturze sięgającej 40 stopni Celsjusza ponad godzinny podjazd ze średnim nachyleniem powyżej 10% nie jest najlepszym wyborem. Widokami na szczycie za bardzo nie mieliśmy siły się nacieszyć, gdyż każdy z nas miał już dość roweru. Do Bergamo stamtąd pozostawało nam 70 kilometrów z tendencją ciągle spadkową. Jakby się uprzeć, to pewnie nawet i bez kręcenia korbami dałoby się zjechać do samego Bergamo.

Trasa doliną Val Brembo jest iście epicka! Praktycznie cały dystans można pokonać świetną ścieżką rowerową, która w żaden sposób nie koliduje z drogą dla samochodów. Ścieżka ta powstała prawdopodobnie w ciągu ostatnich kilku lat i została zbudowana po trasie starej linii kolejowej. Dlatego na trasie mamy sporo tuneli, jazdy trawersami oraz wiaduktami. Muszę przyznać, że dla samego przejazdu taką ścieżką rowerową warto odwiedzić to miejsce!

Po dwóch dniach totalnego zniszczenia nóg przyszedł czas na dzień regeneracji. Umówiliśmy się na szosę z lokalnym wymiataczem – Andreą Natalim oraz jego partnerką, niegdyś utytułowaną reprezentantką Polski na szosie – Eweliną Szybiak. W planie była luźna jazda i pogawędki. Zupełnie przypadkiem podjechaliśmy podjazd Ganda od Gazzaniga. W całości zalesiony, bez większego potencjału na zdjęcia podjazd. Dlaczego właściwie o nim wspominam? A to dlatego, że ta góra jest bardzo często wykorzystywana podczas wyścigu spadającego liścia – Il Lombardia. Tak też będzie w tym roku (2021). Będzie to ostatni podjazd, z którego do mety zostanie kilka kilometrów zjazdu z Selvino i kawałek płaskiego do mety w Bergamo. Żeby dodać smaczku, to KOM na tej górce należy do Michała Kwiatkowskiego.

Będąc w Bergamo mamy do wyboru rozliczne jeziora. Po zachodniej stronie (około 40km) znajduje się Lago di Como, zaś po stronie wschodniej Lago d’Iseo. I to właśnie to drugie jezioro postanowiliśmy odwiedzić dnia czwartego. Szybka przeprawa przez Passo di Gallo, dłuższy kawałek po płaskim i docieramy do brzegu Jeziora Iseo.

Tego dnia w planie mamy podjazd Parzanica. Ambitne tempo podyktował Mateusz, ja jeszcze ambitniej starałem się utrzymać jego koła i przetrzymywać jego interwałowe ataki. Na szczycie zameldowaliśmy się oczywiście z językami na brodzie niecierpliwie szukając źródełka zimnej wody. Ze szczytu (oraz prawdopodobnie podjazdu) rozpościera się przepiękny widok na jezioro. Na zjeździe drogą alternatywną udało nam się na chwilę przystanąć i nacieszyć oczy tymi wspaniałymi widokami.

Ostatni, tego dnia, cel to Passo san Fermo. Wznoszący się na ponad 1000m n. p. m. podjazd oferuje nam sporo zadrzewienia oraz niewiele widoków. Treningowo jest oczywiście mega sztosem, gdyż nachylenie jest cały czas równe. Zjazd z przełęczy w stronę miejscowości Grone jest bardzo stromy i niebezpieczny. Jeśli będziecie tamtędy jechali to uważajcie na siebie oraz klocki hamulcowe!

Kolejny dzień to nierowerowy trip do Mediolanu. Dotrzeć tam można w niewiele ponad godzinę pociągiem. Bilet kosztuje 5,5 euro. Będąc w Bergamo zdecydowanie warto zrobić sobie dzień przerwy od roweru by odwiedzić Piazza Duomo oraz inne słynne atrakcje, jakie oferuje nam światowa stolica mody.

Dnia przedostatniego wyruszyliśmy na kolejne, znane z Il Lombardia, podjazdy – Na pierwszy ogień poszła Roncola od Villa d’Alme. Tego dnia nie miałem totalnie weny do jazdy. Waty wydawały mi się jakieś za niskie, a zmęczenie zdecydowanie za duże. Pewnie duży wpływ na te odczucia miały wysokie temperatury, których nie za bardzo lubię. Moje nogi, a przede wszystkim psychika męczyły się do tego stopnia, że w połowie podjazdu postanowiłem zdjąć swoje Wahoo z kierownicy i włożyć je do kieszeni, by nie spoglądać na liczby.

Na szczycie Roncoli nie ma klasycznego zjazdu. Jest za to tak zwane falso piano, czyli podjazd bardzo delikatnie się wznoszący. Będąc na Roncoli nie sposób wręcz nie podjechać na Valcavę, by zrobić sobie fotkę przy słynnym baraku 😀

Podjazd pod Valcavę pojechałem w 100% sercem i nie patrzyłem na liczby. Jak się okazało, nogi poradziły sobie całkiem nieźle. Zjazd z Roncoli (oraz Valcavy) w stronę Sant’Omobono Terme jest straszliwie dziurawy. Tegoroczna edycja Il Lombardia będzie ćwiczyła ten wariant i szczerze bardzo współczuję kolarzom. Dziura na dziurze. Jeśli będziecie w okolicy, to spróbujcie zaplanować trasę tak, aby tym fragmentem podjeżdżać, nie zjeżdżać. Kolejny podjazd to Passo Saint Antonio. Pisząc tę relację kilka miesięcy po podróży nie jestem w stanie przypomnieć sobie tego podjazdu, co oznacza, że nie był jakoś specjalnie urokliwy. Ot taki, do przejechania.

Ostatni dzień to ostatnia szansa, by wejść do Strava top 10  jakiegoś „znanego’ podjazdu. W menu del dia jeden podjazd – Passo Zambla od miejscowości Serina. 18km podjazdu i ponad 800m przewyższenia należało pokonać w 48,5 minuty, aby zapisać się w top 10 segmentu. Do celu zabrakło mi… 1 minuty. Praca kumpli, oraz moje litry potu wystarczyły na 14 miejsce. Ale to i tak całkiem spoko wynik, biorąc pod uwagę, że na leaderboardzie znajduje się ponad 20 tysięcy zarejestrowanych wyników! Kilka top 10 wpadło na pośrednich segmentach, więc cel połowicznie został osiągnięty.

Z uwagi na powyższe, z podjazdu za wiele nie pamiętam, gdyż skupiony byłem na wyniku. Jednak na zjeździe było dużo czasu na podziwianie widoków, a te były całkiem, całkiem! Widokowo Passo Zamblę ustawiłbym na drugim miejscu (po San Marco) podczas tego wyjazdu!

Mam nadzieję, że opisem, a przede wszystkim zdjęciami zachęciłem Was do odwiedzenia tej wspaniałej okolicy wraz z rowerem szosowym. Muszę przyznać, że cel ten byłby dla mnie dużo lepszy w okresie wiosennym, gdy słońce jeszcze tak bardzo nie daje w kość, a w Polsce dominuje śnieg z deszczem. Tak się jednak wszystko poukładało, że wylądowałem tam w lecie. Nie mniej jednak, tydzień w takich upałach sprawił, że po powrocie do Polski nie straszne były mi treningi kolarskie w temperaturze przekraczającej 30 stopni Celsjusza.

Minusem tej okolicy jest jej bardzo duża urbanizacja. Nie ma właściwie momentu (z wyjątkiem fragmentów górskich) bez gęstej zabudowy i dużego ruchu samochodowego. Ciężko jest zaznać tam dłuższą chwilę spokoju. Powiedziałbym, że ciągle należy być czujnym, bo nigdy nie wiadomo, z której dróżki wyjedzie nam jakiś Fiat z niepokornym starszym Włochem za kierownicą.

Mateusz, Michał – dziękuję za kolejny niezapomniany wyjazd!

Wszystkie moje trasy z tego wyjazdu znajdziecie na Stravie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *