Menu Zamknij

Wyścig by Tomasz Marczyński 2021

Tegoroczny Wyścig miał być inny niż poprzednie edycje. Październikowy termin został zastąpiony wrześniowym, co zapewne w zamyśle organizatora sprawić miało, że uczestnicy oszczędzą kilka złotych na sprzęcie oraz kilka godzin na czyszczeniu rowerów po zawodach. Czy aby na pewno?

Otóż nie 😀 Prognozy co prawda dawały cień szansy, że nomen omen – Wyścig odbędzie się na sucho, ale im bliżej sobotniej godziny 11:11, tym więcej deszczu było zapowiadane…

Osobiście z zapisami zwlekałem do późnych godzin wieczornych dnia poprzedniego. Nie byłem przekonany, czy kąpiel błotna dobrze zrobi mojemu Ridleyowi. Mimo wszystko, przy akompaniamencie deszczu odbijającego się o parapet za oknem, wniosłem opłatę startową i postanowiłem stawić się na niepołomickim zamku dzień później.

Muszę tutaj powiedzieć jasno, że ktokolwiek by tego dnia organizował zawody sportowe, to nie pojechałbym na nie na miliony procent. Po pierwsze: ze względu na pogodę (już kończę narzekanie), po drugie: z uwagi na płaską jak stół trasę po Puszczy Niepołomickiej, a po trzecie: przez błotne szutry obecne na trasie. ALE! Jako, że organizatorem jest nie kto inny jak mój dobry kumpel Tomasz Marczyński to nie wyobrażałem sobie, że mogłoby mnie podczas Jego święta zabraknąć! Popularny „Maniek” w dodatku w tym roku ogłosił zakończenie swojej zawodowej kariery, co jeszcze bardziej zmotywowało mnie, aby być tego dnia razem z Nim na starcie.

Była to moja trzecia wizyta na tym Wyścigu. Poprzednie dwa starty zaliczyłem na dystansie długim (112km) ze zmiennym szczęściem. 3 lata temu złapałem defekt na jednym z szutrowych odcinków, zaś rok później w deszczowej edycji na samym finiszu miałem ostre hamowanie, aby ustrzec się kraksy. Możecie o tym poczytać tutaj, a na zachętę dam swoje zdjęcie po finiszu 😀

W tym roku zdecydowałem się na start na dystansie krótkim – 37km. Decyzja ta była spowodowana niepewną pogodą oraz tym, że na drugi dzień zaplanowany miałem kolejny start i nie mogłem pozwolić sobie na nadmierne zużycie roweru.

Muszę powiedzieć, ze mimo wszystko uwielbiam te zawody. Za każdym razem przyjeżdżam na nie bez jakiejkolwiek presji na wynik. Przecież, ani nie jestem sprinterem, ani nie lubię jazdy w terenie. Melduję się po to, aby po prostu super się bawić. Inicjować i kasować ataki od pierwszych do ostatnich kilometrów. Dzięki temu podczas zmagań łapię totalny luz i daję się ponieść kolarskim emocjom.

A tych od startu było sporo! Od razu zostało narzucone solidne tempo. Aktywnie jechał Dawid Patyński z drużyny SII Cycling Team oraz Jan Grzempa. Ja ewidentnie upatrywałem szansy, aby zabrać się z nimi w jakiś ciekawy odjazd. Niestety wszelkie próby były szybko kasowane, głównie za sprawą Łukasza Zakielarza i jego imiennika Kofina. Wypracowanie chociażby kilku sekund przewagi było nie lada wyczynem, a ugadywanie się na kilku osobowe akcje zdawało się być skazane na pożarcie.

Ciągle zastanawiałem się jak rozegrać ten wyścig, gdyż wiedziałem, że podczas finiszu z grupy będę bez szans. Kilka dni przed wyścigiem nawet zrobiłem małą godzinną symulację ucieczki solo. Średnia z próby wyszła mi 39,5km/h. Wiedziałem, że to zbyt mało, bo co roku zwycięzcy osiągają tu średnią około 41,5km/h z niecałej godziny zmagań. W głowie miałem więc  scenariusz, aby urwać się w 4-5 osób i w takiej grupie dojechać na ostatni segment szutrowy (7km przed metą) i tam spróbować ataku solo na metę.

Drugi scenariusz, wymyślony już w trakcie wyścigu, zakładał, aby wypuścić na solo jednego zawodnika i jakoś przekonać peleton, aby go nie gonił, a następnie dynamicznym skokiem dojechać do niego i kontynuować jazdę. Taka sytuacja nadarzyła się chwilę przed półmetkiem zmagań. W solowy odjazd skoczył jeden z zawodników 7r Rowmix Team. Odpuściliśmy go na około 10 sekund, a więc po kilku minutach zdecydowałem się na szybki doskok. Niestety doskok ten był na tyle dynamiczny, że ów zawodnik nie zdołał usiąść mi na koło. Zostałem ponownie razem z Dawidem, jednak postanowiłem i tym razem poczekać na główną grupę.

Pierwszy odcinek szutrowy był krótki i bezbolesny. Chwilkę później przyszła pora na nieco dłuższą dawkę błota, w dodatku z trzema dość wymagającymi zakrętami. W pewnym momencie poczułem jak tylne koło zapadło mi się w błocie i bardzo szybko wytraciłem swoją prędkość. Musiałem na nowo rozkręcić korby, by po chwili dać ostro po hamulcach przez zwodnym zakrętem w lewo, a następnie w prawo. Grupka kilku osobowa odjechała mi na kilka sekund i jako, że było pod wiatr to poszukałem za sobą chętnych do zespawania dystansu. Po chwili znów jechaliśmy razem.

Kolejne kilometry upływały przy akompaniamencie kilku wystrzałów z dętek, tudzież szytek. Być może niektórzy nabili trochę za dużo atmosfer albo trochę za mało… Nie wiem. Ja postanowiłem na sprawdzone 6 atmosfer w swoich szytkach Vittoria Corsa Graphene +.  Za bufetem nastąpił zakręt w prawo i ponowny wjazd do Puszczy po bardzo słabym asfalcie, a raczej szutrze. Wtedy poczułem jakby moje tylne koło traciło przyczepność i zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie zaczyna mi uchodzić lekko powietrze.

Kilka dni wcześniej złapałem niewielkiego kapcia, którego postanowiłem zakleić wlewając do szytki mleko (dzięki Mateusz za pomoc :D) i wydaje mi się, że ta operacja mnie uratowała, gdyż pozostałe mleko najprawdopodobniej szybko zakleiło jakąś mikro dziurkę i pomimo, że nieco powietrza mi uciekło, to byłem w stanie swobodnie kontynuować zawody.

Kilkanaście kilometrów przed metą już chyba wszyscy czekali na decydujący około 2 kilometrowy odcinek szutrowy. Nie było już śmiałków do jakichś solowych ataków. W miedzy czasie zaczął padać deszcz, który właściwie nic nie zmienił w obecnej sytuacji, bo i tak wszyscy byliśmy utaplani w błocie, podobnie jak nasze maszyny.

10 kilometrów przed metą skręt w lewo i wpadamy grupą około 30-40 osobową na decydujący (najprawdopodobniej) odcinek szutrowy. Początkowo kontrolowałem przebieg zdarzeń na kole z 3-4 pozycji. Chwilę później zdecydowałem, że oddam atak lewą stroną. Wyskoczyłem dynamicznie, ale po chwili od razu wleciałem w szereg głębokich dziur w drodze i byłem wręcz zmuszony do zaprzestania kręcenia, aby wyratować się przed kraksą 😀

Mimo wszystko chciałem pociągnąć mocniej na tym odcinku, bo i tak wszyscy męczyliśmy się prawie po równo, a jazda na kole dawała tutaj niezbyt wiele. Po chwili defekt złapał mój kumpel Artur, który akurat jechał na moim kole. Myślę, że moje tempo było na tyle wysokie, że nikt nie myślał o jakimś ataku i po chwili w grupce około 20 osobowej zjechaliśmy z szutru i pomknęliśmy dobrym i szerokim asfaltem w stronę mety.

Jadąc szeroką ławą, gdzieś na 2,5km przed finiszem na atak zdecydował się jeden z zawodników. Przez chwilę nawet miałem taką myśl, aby zabrać się od razu na jego koło i później skontrować mocnym atakiem va banque. Postanowiłem jednak zaczekać na kreskę i sprawdzić, co tu się może wydarzyć. W walce o pozycje na około 1,5km przed metą zostałem nieco zablokowany i zepchnięty w środek grupy. Przyznam szczerze, że nie lubię takich stresowych sytuacji i staram się ich unikać, zwłaszcza na mokrej i śliskiej nawierzchni.

Tym razem postanowiłem zawalczyć, znalazłem jedną, drugą lukę i po chwili byłem na czwartej pozycji, za plecami Mateusza Kwiatkowskiego. Wiedziałem, że Mateusz ma mocny finisz i postanowiłem trzymać się jego koła. 300m przed kreską zaatakował Grzempa, a Kwiatkowski ruszył za nim. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zacisnąć zęby i utrzymać się na ich kole.

Początkowo straciłem kilka metrów do Mateusza. Obejrzałem się w lewo, a tam zobaczyłem koło finiszującego Łukasza Zakielarza. Jak przystało na rasowego sprintera… 150 metrów przed kreską postanowiłem złapać za dolny chwyt (wiadomo, żeby to lepiej wyglądało na zdjęciach) i odeprzeć atak Łukasza o trzecie miejsce. Byłem już coraz bliżej prowadzącej dwójki, jednak w momencie jak zrównałem moje przednie koło z tylnym rywala to już byliśmy na mecie 😀

Wygrał zasłużenie Jan Grzempa przed Mateuszem Kwiatkowskim, mi przypadło super trzecie miejsce. Gdyby meta znajdowała się 100 metrów dalej, to kto wie! 😀

W nagrodę wygrałem kategorię do lat 29 i w zasadzie stanąłem na najwyższym podium po raz pierwszy od przeszło dwóch lat!

Jestem mega zadowolony ze swojej dyspozycji na tym krótkim wyścigu. Byłem praktycznie w każdej akcji ofensywnej i za każdym razem miałem nogi aby swobodnie odpowiadać na ataki rywali. Okazuje się, że trening na płaskim Mazowszu zaprocentowały, a ja przypadkowo z górala zamieniłem się w… sprintera. Oczywiście dużo tu słów przesady, nie mniej jednak jest to jakaś wartość dodana, że jako 60 kilogramowe chucherko potrafiłem objechać na finiszu kilku bardziej postawnych sprinterów.

Organizacja wyścigu? Perfekcyjna!

Gospodarz? Najlepszy!

Nagrody? Wspaniałe!

A After Party? W tym roku grzecznie z uwagi na wyścig dnia następnego! 😀

Do zobaczenia za rok!!!

PS. Książka Mańka jest sztooooosem!

Fotki: Szymon Gruchalski 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *