Menu Zamknij

Recenzja opon szosowych Pirelli P Zero Road

Właściwie moja recenzja mogłaby się składać z dwóch zdań. Pierwsze: Przez 1,5 roku użytkowania nie złapałem żadnej gumy. Drugie: W tym samym czasie nie miałem żadnego uślizgu koła prowadzącego do upadku. Ale opony, choć prosta rzecz, to jednak nie tak łatwa jak się może wydawać. Zapraszam więc na subiektywną recenzję opon Pirelli P Zero Road!

Na wstępie zaznaczę, że opony służą mi w rowerze szosowym do treningów, jazdy rekreacyjnej (wiecie, takiej po alpach na przykład)  i… dojazdów do/z pracy. Wyścigi, choć tych w ostatnim czasie było jak na lekarstwo, jeżdżę na szytkach.

O marce Pirelli słyszał chyba prawie każdy z nas. Legendarna włoska marka, która swoimi początkami sięga jeszcze do XIX wieku, na początku stawiała na sporty samochodowe, a później motocyklowe. Od paru lat swoje doświadczenie we wcześniej wspominanych sportach postanowiła przenieść do kolarstwa. Zupełnie jak specjalizująca się w produkcji kasków – marka HJC.

Nie będę ukrywał, że marketingowo „działa” na mnie fakt, że jest to firma, która od lat dostarcza ogumienie w sporcie, w którym, jak w żadnym innym, liczą się tysięczne części sekundy. Mowa oczywiście o Formule 1. Mówiąc brzydko: nie ma bata, żeby nic z tej innowacyjności nie przemyciła do kolarstwa.

W 2020 roku zakupiłem model Pirelli P Zero i założyłem go do swojego nowiutkiego Ridleya. Na te gumy nawinąłem asfalt z około dwunastu tysięcy kilometrów. Ktoś mógłby powiedzieć, że to dużo, jak na opony. Nie będę się kłócił, przykładne poradniki zalecają zmiany ogumienia co około 6-8 tys. km. Ja ważę około 60 kg, więc myślę, że nie generuję jakiegoś kosmicznego obciążenia. Drugi aspekt, który zaważył na braku wymiany to… zima. Te 6-8 tys. km wypadły akurat w okolicach października/listopada. Uznałem więc, że nie ma sensu wymieniać gum na okres, w którym wszyscy wiemy jak wyglądają asfalty.

Tak więc śmiało mogę powiedzieć, że opony te super sprawdzają się jako „całosezonowe”. Nie straszne im niskie temperatury. Niekiedy poniżej 0 stopni Celsjusza. O dziwo dobrze zachowują się także na deszczu. Mimo, że nie posiadają zbyt głębokich wycięć do odprowadzania wody, to faktycznie dają radę.

Wspomniałem w pierwszym akapicie, że nie złapałem na nich żadnego defektu. Każdy, kto choć trochę mnie zna, ten wie, że lubię od czasu do czasu zjechać z utartych asfaltowych dróg. Jak to kiedyś powiedział mój dobry kolega Szymon: „Jak epic ride to trochę offroadu obowiązkowe”.

Szutry, czy płyty betonowe nie stanowiły więc żadnej przeszkody. Nie pokonały ich także stołeczne drogi dla rowerów ani woonerfy kryjące w swoich kostkowych szczelinach odłamki szkła pozostałego po weekendowych imprezach.

Minął rok, skończyła się zima, zrobiło się cieplej, a ja stwierdziłem, że teraz już musze wymienić te opony na nowe. Stara sportowa prawda głosi, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Więc i ja postanowiłem zakupić te same opony. Okazało się, że dosłownie kilka dni wcześniej swoją premierę miały lekko zliftingowane opony Pirelli P Zero. Od marca 2021 roku występują one w dwóch wersjach: P Zero Road oraz P Zero Race.

Czym one się od siebie tak naprawdę różnią? Ano tym, że wersja „Road” przeznaczona jest do bardziej rekreacyjnej, czy też treningowej jazdy. Dzięki czemu została zaprojektowana tak, aby zminimalizować szanse jej uszkodzenia. Wersja ‘Race” z kolei, jak sama nazwa wskazuje, przeznaczona jest do jazdy wyczynowej. Mam tutaj na myśli przede wszystkim warunki wyścigowe. Jest nieco odchudzoną wersją Road’a, ze zwiększonymi osiągami przyczepności do podłoża.

Mówią, że dzisiejszy odbiorca preferuje wersje graficzne, zatem poniżej przedstawiam takie oto podsumowanie znalezione na stronie producenta.

Wersja Pirelli P Zero Road:

Wersja Pirelli P Zero Race:

Widzimy wyraźnie, że „na wyścig” dostajemy gumę o lepszej przyczepności, niższej wadze oraz niestety szybszym zużyciu. Zaś „na trening” mamy nieco cięższą i mniej przyczepną oponę, za to bardziej komfortową i wolniej się zużywającą.

Wersji „Race” nie miałem przyjemności użytkować, więc nie wiem, jak te zapewnienia producenta sprawdzają się w praktyce. Jednak mój „Road” zdaje się te zapewnienia realizować w stu procentach.

Osobiście użytkuję wersje opon o szerokości 26 mm (235 g). Dostępne są także wersje 24 mm (215 g) oraz 28 mm (255 g). Gęstość oplotu to 120TPI. Opony zaopatrzone są we wkładkę antyprzebiciową TechBelt.

Przechodząc do podsumowania nie sposób wspomnieć o cenie opon. Jedna sztuka kosztuje około 180 PLN. Czy jest to dużo? Według mnie – tak. Czy bardzo dużo? Według mnie – nie.

Kilka lat temu używałem opon Duro. Ich cena kształtowała się w okolicach 75 PLN za sztukę. Były więc dużo tańsze niż obecnie omawiane. Mega trudno było je także przebić. W ciągu 4 lat użytkowania tego modelu złapałem ledwie dwie gumy. Jednak kwestie przyczepności i po prostu zaufania im pozostawiały nieco do życzenia.

Opony Pirelli P Zero mogę także próbować równać do opon Specialized Gripton Turbo Pro oraz Continental GP 5000 (o ile dobrze pamiętam). Wszystkie te gumy zdobyły zaufanie mojej głowy (także na mokrej nawierzchni), jednocześnie też na każdej z tych opon łapałem defekty.

Czy polecam? Do treningów i rekreacji oczywiście! Znakomicie sprawdzają się zarówno na podwarszawskich Gassach, jak i na zjeździe z Passo Dello Stelvio. Powiem więcej – Myślę, że gdybym nie dysponował osobnym kompletem kół na szytki do ścigania to śmiało zabrałbym Pirelli P Zero Road na wyścig. Jak chodzi o wspomniane przeze mnie dojazdy do pracy po ścieżkach rowerowych to uważam, że do takiej jazdy nie ma kompletnie potrzeby stosowania opon w tej cenie.

Reasumując, moje zadowolenie z tej marki jest tak wysokie, że tylko czekam, aż zużyją się moje szytki Vittoria Corsa Graphene + w kołach wyścigowych. Wtedy bez wahania zakupię szytki Pirelli!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *