Menu Zamknij

Lago di Como + Alpy Włosko – Szwajcarskie 2020

Plan na ten wyjazd rowerowy był zupełnie inny. Mieliśmy jechać końcem września w okolice Szwajcarskiego Martigny przy okazji wizytując Mistrzostwa Świata w kolarstwie szosowym. Mistrzostwa te zostały przeniesione do Włoch, a pogoda w Szwajcarii zrobiła się iście zimowa. Byliśmy zdani więc na poszukiwanie alternatywy. W międzyczasie zmianie ulec musiał także czas naszego wyjazdu. Padło na termin 4-11 października. W połączeniu z wysokimi górami nie brzmiało to  zbyt kolarsko. Postanowiliśmy więc pójść na kompromis i pojechać tam, gdzie była w miarę najpewniejsza pogoda – nad Como we włoskiej Lombardii. A konkretnie w północnych rejonach jeziora, aby było blisko w Alpy, gdyby pogoda postanowiła jednak nieco zmienić zdanie. Generalnie ostateczną decyzję o wyjeździe podjęliśmy na 3 dni przed, po studwudziestoośmio krotnym sprawdzeniu pogody w różnych miejscach Europy.

Po drodze nie obyło się bez przygód. Atakując cel od strony Szwajcarskiej samochodem, w planach mieliśmy przejazd przez Alpy przełęczą Splugen (2100m n. p. m.). Pech chciał, że tego dnia w wyższych partiach gór spadło sporo śniegu, a nasza przełęcz została najzwyczajniej… zasypana i zamknięta dla ruchu. Informację tę dostaliśmy kilka godzin wcześniej, gdzie alternatyw dojazdu mieliśmy jeszcze kilka. Postawiliśmy na Tunel San Bernardino (gdzieś na wysokości 1600m n. p. m.). Jakież zdziwienie ogarnęło nas, gdy tuż przed nim dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie będzie on zamknięty… Emocji dodawał fakt, że było już grubo po godzinie 22 oraz znajdowaliśmy się w Szwajcarii, gdzie „gram” Internetu jest na wagę złota. Postanowiliśmy nie ufać znakom i ruszyliśmy w górę w stronę tunelu. Naszą próbę ataku szczytowego przerwała kombinacja coraz większych ilości śniegu na asfalcie oraz letnich opon w samochodzie. Decyzja musiała być jedna: pierwszą noc spędzamy w aucie na wysokości 1500m n. p. m. czekając  do rana, aż odśnieżą nam drogę. Nocne zamarzanie tutaj pominę i powiem tylko, że około 9 rano następnego dnia byliśmy na miejscu – we włoskiej, trochę jeszcze deszczowej, Gravedonie.

Pierwszego, więc, dnia pobytu bardziej chciało nam się spać, aniżeli jeździć na rowerze. Ale zgodnie podjęliśmy decyzję, że skoro już tyle czasu zajęła nam podróż tutaj, to może jednak warto byłoby choć na chwilę ruszyć cztery litery. Nasza miejscówka noclegowa zlokalizowana była na początku jakiegoś mało znanego podjazdu. W zależności od opcji w pionie mogliśmy zrobić nawet 1000m. Ruszyliśmy. Od samego początku podjazd zdobył nasze serca. Jedna odnoga zaprowadziła nas w takie o to miejsce na wysokości około 1200m n. p. m.

Druga odnoga poprowadziła trochę po płytach betonowych i gdy już mieliśmy zawracać, to zza zakrętu wyłonił się taki widok.

Postanowiliśmy więc  nie zawracać i sprawdzić co znajdziemy za kolejnymi zakrętami.

Drugiego dnia zgodnie z naszą lokalizacją zdecydowaliśmy wybrać się na dwa, chyba, najsłynniejsze podjazdy w pobliżu Jeziora Como. Mowa oczywiście o znanych z wyścigu Il LombardiaMadonna del Ghisalo oraz słynnym Muro di Sormano.

Pojechaliśmy to jednak inaczej niż wariant wyścigowy. Na pierwszy ogień poszło Sormano. Znany jako jeden z trudniejszych w Europie ze względu na swoje nachylenie. Całość (Colma di Sormano) liczy sobie ponad 7km, jednak najsłynniejszy fragment – Muro di Sormano to około 1,7km ze średnim nachyleniem 15,5%. Cechą charakterystyczną jest „wysokościówka” wypisana na asfalcie. Zależność jest tutaj prosta: Im gęściej wymalowane cyferki, tym stromiej. W jednym miejscu na zakręcie te cyfry były wręcz jedna nad drugą!

Widokowo – ciekawiej robi się w zasadzie dopiero na samym końcu.

Nie jest to oczywiście najtrudniejszy podjazd jaki jechałem. Chociażby Monte Zoncolan, o którym pisałem już tutaj i tutaj w mojej opinii jest dużo trudniejszy z uwagi na długość (jest prawie 4 krotnie dłuższy, przy nieznacznie tylko mniejszym średnim nachyleniu).

Zjazd z Sormano jest niezwykle techniczny, zwłaszcza jego druga część. Pewnie wiele z Was ma w pamięci Wyścig dookoła Lombardii i te fatalnie wyglądające wypadki kolarzy. Uczestnikiem jednego z takich był w tym roku Remco Evenepoel. Sam wypadek znajdziecie pewnie bez problemu w Internecie, ale gwarantuję Wam, że inaczej to miejsce wygląda na ekranie, a zupełnie inaczej na żywo. Sam nie zdawałem sobie sprawy z jak dużej wysokości upadł Remco! Dobre 10 metrów w dół, a do tego te wystające z ziemi kamienie… to chyba cud, że gość to przeżył!

Danie drugie tego dnia to Madonna del Ghisalo. Podjazd ten nie zaskarbił mojej sympatii na ani jednym centymetrze wspinaczki. Być może dlatego, że zaliczyłem na nim jedną z top5 bomb życia… A może dlatego, że było dość pochmurnie i jakoś nie miałem motywacji. Początek zaskakująco stromy. Licznik przez długi czas nie chciał pokazać jednocyfrowej wartości przed procentem nachylenia. Widokowo ciekawiej robi się analogicznie jak w przypadku Sormano, pod sam koniec.

Na szczycie zlokalizowana jest kaplica oraz muzeum kolarstwa. Ja byłem w takim stanie, że nawet nie wpadłem na pomysł aby może któreś z tych miejsc odwiedzić. Nie złapałem chyba po prostu „flow” tego miejsca. Z perspektywy czasu nieco żałuję, że nie odwiedziliśmy chociaż muzeum. Ale z drugiej strony… na zwiedzanie muzeum przyjdzie jeszcze czas 😉

Tego dnia w planie mieliśmy jeszcze jeden podjazd, ale z racji „słabych” widoków (wymagający my) postanowiliśmy odpuścić i regenerować siły na dzień kolejny. Dzień, w którym Alpy zrobią dla nas wielki pogodowy ukłon!

Dzień trzeci zadymy to wizyta na podjeździe, który polecało mi kilka osób. Miałem więc powody sądzić, że może to być niezły sztos. Mowa tutaj o Passo San Marco. Wyjechać mamy na wysokość prawie 2000m n. p. m. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że zaczniemy z wysokości trochę ponad 200m n. p. m. da nam to prawie 1800m przewyższenia! A więc dla mnie będzie to drugi najdłuższy podjazd, jaki jechałem w życiu (zaraz po Stelvio od Prato).

Podjazd trochę nie może się rozkręcić, a wraz z nim my. Postanawiam więc nieco skorzystać z pomocy wozu technicznego 😛

Ciekawie zaczyna się robić powyżej 1500m n. p. m. Wtedy to wyjeżdżamy z granicy lasu i możemy zacząć podziwiać okoliczne, bajecznie ośnieżone alpejskie szczyty.

Końcówka to już walka o utrzymanie toru jazdy pomiędzy pozostałościami śniegu. Na szczycie okazuje się, że południowa strona całkowicie pozbawiona będzie tej śnieżnej otoczki. Mimo wszystko realizujemy swoje założenia i zjeżdżamy południową stroną nieco poniżej miejscowości Mezzoldo. Zjeżdżamy tyle, aby z całej jazdy wyszło nam po prostu 3000m pionu 🙂

Pierwotny plan zakładał próbę ataku KOMa Włocha – Giulio Ciccone. Na Stravie czas i waty wydawały się być w zasięgu. Rzeczywistość jednak zweryfikowała szybko te plany 😀

Po ponownym  meldunku na szczycie zaczęliśmy swój najdłuższy zjazd w życiu. Łącząc to z dość niską temperaturą wyszła z tego niesamowita masakra dla organizmu i psychiki. Dobre 40 minut zjazdu i po prostu… zamarzania. Ale i tak było warto!

Na tym wyjeździe wszystko składało się tak, że każdego kolejnego dnia wyjeżdżaliśmy wyżej. Co więc mogło być następne? Ano plany były grube: Mortirolo, Gavia oraz Stelvio. Z racji bardzo niepewnych warunków na Passo  Gavia (dzień wcześniej jeden z kolarzy dotarł na wysokość 2300m n. p. m. i zawrócił wrzucając na Stravę zdjęcie z „granicy” śniegu) postanowiliśmy, że nie możemy zacząć od Mortirolo, bo mogłoby się okazać, że nie domkniemy pętli. Zdecydowaliśmy, że Mortirolo poczeka na nasza wizytę jeszcze jakiś czas. Ruszyliśmy z Bormio od razu na Stelvio, dając Gavii jeszcze kilka godzin na stopnienie śniegu.

Na Stelvio byłem w 2017 roku. Mój wjazd odbywał się w pierwszą sobotę po otwarciu przełęczy. Wtedy minęło mnie kilka tysięcy motocyklistów i kilkaset aut. Ryk silników sprawił, że wręcz znienawidziłem tę górę zanim jeszcze dotarłem do tych majestatycznych serpentyn. Nie miałem żadnej frajdy z tego podjazdu, a na późniejsze pytania o Stelvio odpowiadałem: to najbardziej przereklamowany podjazd jaki kiedykolwiek jechałem.

Jakże odmienne jest moje zdanie po tegorocznym wyjeździe! Aut minęło nas może kilkanaście, motocykl chyba żaden. Właściwie można powiedzieć, że byliśmy sam na sam z górą. Widoki? Teraz je doceniłem. Doceniłem na tyle, że w momencie gdy pisze ten tekst to mam ciary na rękach.

Obecność śniegu tylko dodała smaku. Na szczycie, a więc na wysokości 2758m n. p. m. jest mnóstwo reprezentacji narciarskich, szlifujących swoją formę u progu sezonu zimowego. A wśród nich my. Trzech, nieco zamarzających, kolarzy. Mimo, że w słońcu było wtedy kilkanaście stopni, to gdy ono zachodziło, robiło się dość mroźnie.

Zjechaliśmy z powrotem do Bormio, a właściwie do samochodu, aby się ogrzać, napełnić bidony oraz przekąsić coś przed próbą ataku Gavii.

U podnóża zostajemy poczęstowani tablicą, że przełęcz jest zamknięta. Oczywiście kompletnie nas to nie odstrasza! Nie odstraszają nas też 22 stopnie ciepła, podczas gdy my jesteśmy ubrani na przysłowiową cebulkę.

O Gavii słyszałem niezliczone pozytywne opinie. Wszyscy mówili, że Stelvio jest spoko, ale za to Gavia jest dużo lepsza. Wiele sobie obiecywałem. Bardzo wiele. Pierwsze kilometry to ciągła jazda między drzewami. Ponad nie wyjeżdżamy gdzieś na wysokości około 2000m n. p. m. Robi się całkiem nieźle. Śniegu nie ma za wiele, co mocno nas zastanawia. Bo według danych ze Stravy za około 300m (w pionie) powinniśmy dotrzeć do nieprzejezdnego momentu).

Dojeżdżamy na 2300 i droga w tamtym miejscu zaczyna skręcać w taki sposób, że zostaje całkowicie osłonięta od słońca przez górę. Pomyślałem wtedy, że pewnie tylko jakiś fragment jest nieodśnieżony i może uda się przeprowadzić rower, by kilkaset metrów dalej móc na niego wsiąść z powrotem i zdobyć szczyt.

Okazało się, że tego dnia dostaliśmy duży kredyt od aury. Gavia stała się dla nas w 100% przejezdna i kilkanaście minut później mogliśmy piać z zachwytu na szczycie (2621m n. p. m.)! Tym samym Passo Gavia trafiła na 3 miejsce moich najwyższych zdobytych podjazdów (Po Rettenbachu oraz Stelvio).

Czy było zimno? Na zjeździe w ch… Ale powtórzę się – dla tych widoków – było warto!

No i co tu można wymyśleć na kolejny dzień, aby czerpać radość z widoków, gdy w pamięci obrazki ze Stelvio i Gavii?

My postawiliśmy na… wspominane na początku tego tekstu „nieszczęsne” Passo dello Spluga oraz bonus – dolinę Avers i miejscowość Juf.

Sprawę zdecydowaliśmy się sobie mocno ułatwić i podjazd zaczęliśmy z wysokości niespełna 1400m n. p. m. (szczyt przełęczy to niecałe 2100m n. p. m.). Dzięki tej decyzji dość szybko mogliśmy się cieszyć widokami na okoliczne góry. Następnie dotarliśmy do miejscowości Montespluga znanej z tamy oraz jeziora. Nad jeziorem postanowiliśmy zażyć trochę offroadu. Spodobało nam się na tyle, że trochę nie było chęci do dalszej jazdy. No ale udało się.

Chwilę później dotarliśmy na szczyt, a tym samym przekroczyliśmy granicę Włosko – Szwajcarską. Na zjeździe czekała na nas taka o to niespodzianka:

Po chwili po raz kolejny znaleźliśmy się w miejscowości Splugen. Tym razem rowerami. Tym razem w dużo lepszych warunkach pogodowych. Kilkadziesiąt minut później rozpoczęliśmy łagodnie wznoszący się podjazd doliną Avers do miejsowości Juf. Juf, jak informuje Wikipedia, to najwyżej położona zamieszkała miejscowość w Europie! Zamieszkuje ją… 26 osób. Wszystkie z nich są ze sobą spokrewnione 🙂

Podjazd bardzo nieregularny i łagodny prowadzi nas na wysokość ponad 2100m n. p. m. i aż szkoda, że Szwajcarzy nie pomyśleli, aby spróbować wytyczyć stąd jakąś najwyższą szosę w Alpach, bo sądząc po ukształtowaniu terenu, wydaje się to osiągalne. Cóż, może kiedyś? A może jednak lepiej, aby mieszkańcy Juf mieli ciszę i spokój?

Szwajcaria jest dość drogim krajem i bomba w nim może skutkować lekkim zrujnowaniem portfela. Nam się to niestety przytrafiło (tzn. bomba). Płatność kartą w lokalnych sklepach raczej jest mało możliwa i trzeba się trochę naszukać. Ale udaje się i chwile później cała nasza trójka delektuje się najtańszą Szwajcarską czekoladą… Lindt.

Na powrocie pod Przełęcz Splugen postanowiłem rzucić Mateuszowi rękawicę i od spodu zaczęliśmy ostre ściganie. Naprzemienne ataki kończą się fiaskiem, a o zwycięstwie na kresce (granicy krajów) zadecyduje sprinterski finisz. Tu niestety Mateusz okazał się lepszy, ale ja już wypatruję szansy rewanżu! Może Mortirolo za rok? 😉 Przy okazji zgarniamy top 40 na Stravie. Tracąc ledwie kilka minut do KOMaVincenzo Nibalego. Wiadomo, my mieliśmy pod wiatr… on na pewno leciał z wiatrem! 😛

Wyjazd miał trwać dzień dłużej, lecz bardzo niekorzystne prognozy pogody zmusiły nas do opuszczenia Italii już w sobotę rano. Na odchodne wyznaczyliśmy sobie podjazd w Szwajcarii. Siódmy najwyższy w tym kraju – Alp Anarosa 2341m n. p. m. Musieliśmy się spieszyć, gdyż deszcz mógł nadejść w każdej chwili. Nas naszedł na wysokości 1900m n. p. m., gdzie po wyjechaniu jeszcze kilkudziesięciu metrów zdecydowaliśmy zawrócić, by uniknąć wychłodzenia na zjeździe.

Z tą górą mamy więc rachunki do wyrównania, podobnie jak i ze Szwajcarią samą w sobie. Dlatego cel na 2021 jest prawdopodobnie jasny. Ale nauczony obecnym rokiem, że plany zmieniają się praktycznie z dnia na dzień, niczego na 100% pewnym być nie można.

Podczas tych 6 dni pobytu wykręciliśmy w sumie 460km. W pionie wyszło 13500m. To mniej więcej tyle ile w Warszawie zrobiłem przez… dwa lata stałego zamieszkania 😀

Wszystkie zmagania możecie podejrzeć na mojej Stravieo tutaj.

Dzięki Mateusz i Szymon za wspólnie spędzony czas. To był prawdopodobnie mój najlepszy kolarski wyjazd ever!!!

2 Komentarze

  1. Tomo

    Super wyprawa. Mimo wszystko w opisie brakuje mi aspektów logistycznych i mimo wszystko finansowych, gdyby ktoś był tak szalony i chciał przejechać coś podobnego 🙂

    • jakub

      W kwestii logistyki to poruszaliśmy się samochodem. Więc dojazd do poszczególnych tras jest oczywisty. Bazę mieliśmy w Gravedonie, skąd codziennie dojeżdżaliśmy w odpowiednie miejsca, gdzie później wsiadaliśmy na szosy. Kwestie samych tras możesz podpatrzeć na mojej stravie, którą zalinkowałem na końcu wpisu.
      Finanse są zawsze trudne, bo można wynająć nocleg za 60pln/os a można i wynająć za 500pln/os. Cała nasza tygodniowa wyprawa: transport (benzyna, autostrady), noclegi, wyżywienie i wszystko co niezbędne wyszła w okolicy 1400pln/os (przy 3 osobach). Jeśli osób byłoby np. 4 to podejrzewam, że można by zejść do około 1200pln/os przy bardzo ostrożnym planowaniu wydatków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *