Menu Zamknij

Nowy Targ Road Challenge, czyli do 3 razy sztuka

Tytuł tego wpisu mówi, że był to mój trzeci start w tej imprezie. Wyścig ten jest, można powiedzieć, ewenementem w skali naszego kraju z uwagi na fakt trwania – 3 etapy, 3 dni. Możemy tu poczuć namiastkę taktyki rodem z World Touru, czyli zabawić się w zbieranie punktów na premiach górskich, aby zgarnąć tytuł najlepszego górala. Możemy minimalizować straty (bądź maksymalizować zyski) walcząc o żółty koszul lidera. Wreszcie, możemy też przyoszczędzić nogę na dwóch pierwszych etapach, aby trzeciego dnia na świeżości postarać się rozwalić system, mimo sporych strat w generalce. Choć w sumie to ostatnie nie udało się jeszcze na tej imprezie nikomu, to jednak prób odjazdów dnia trzeciego nigdy nie brakuje.

Dlaczego do trzech razy sztuka? Ano dlatego, że dwa lata temu po pierwszym super etapie (jedynym gdy stanąłem tutaj na podium), na drugim mocno cierpiałem z powodu gorączki i ogólnego osłabienia organizmu, a na trzecim etapie mój teamowy lider Patryk złapał gumę i zrobiliśmy szybką wymianę koła. Rok temu zaś na trzecim etapie pobiłem swój absolutny rekord życiowy dziennych defektów. Najpierw rozwaliłem swoja szytkę, a później dwukrotnie przebijałem gumę w kole zapasowym.

Czy w końcu odczarowałem tę imprezę? Miejsce w generalce mówi, że raczej nie. Samopoczucie po zawodach krzyczy, że zdecydowanie tak! Decyzję o starcie w Nowym Targu podjąłem dosłownie tydzień przed zawodami, kiedy to zadzwonił do mnie Patryk i zapytał, jakie mam plany na weekend 24-26 lipca. Akurat tak się złożyło, że byłem po 3 tygodniowym bloku treningowym przygotowującym mnie do Klasyku Podkarpackiego. Czułem się w sumie dość mocny i bardzo spokojny.  Czytając listę startową czułem, że aż piecze mnie lewa łydka, dlatego też nie nakładałem na siebie niepotrzebnej presji na jakiś super wynik.

Pierwszy etap, czyli tradycyjnie jazda indywidualna na czas. W tym roku, o dziwo, organizatorzy przygotowali nam (prawie) płaską czasówkę wzdłuż południowego brzegu Zalewu Czorsztyńskiego, z jednym tylko kilometrowym wzniesieniem. Zero trudności? Nic bardziej mylnego! Ilość technicznych zawikłań tej trasy przyprawiała zapewne wielu zawodników o zawrót głowy. Prawie wszyscy zdecydowali, że na swoją próbę wyruszą na klasycznych rowerach szosowych. Jeden tylko „wariat” postawił na kozę… i wyszedł na tym chyba całkiem nieźle. Choć te 4 sekundy, pewnie do teraz Go boli 😉

11,6km, malownicza trasa, pogoda dość upalna z kłębiącymi się chmurami deszczowymi za okolicznymi górami. Wiatr w pierwszym etapie rywalizacji mocno niesprzyjający. Dla zawodników mojej postury (60kg) nie była to najlepsza informacja. Do walki z wiatrem ruszyłem o godzinie 16:16. Już drugi zakręt sprawił, że musiałem ratować się, by nie zakończyć zawodów w trawie. Ale wyratowałem sprawę i mogłem szczęśliwie cisnąć do mety. Odcinek „na wale” dał mi niesamowicie w kość. Z założonych 320 watów średnich byłem w stanie ukręcić o kilkanaście mniej. Pozostałe trudności techniczne przebiegły bez większych kłopotów. Jedyny podjazd na trasie także dość fajnie (za fajnie!) wszedł mi w nogi.

Na zjeździe złapałem trochę oddechu, by mieć siły na finałowe kilometry. Później znowu kilka technicznych trudności i finałowa hopka do mety, na której czułem, że mogę kręcić potężne (jak na mnie) waty. Finałowy czas – kilkanaście sekund powyżej 20 minut przyjąłem z dużym spokojem. Czułem, że trochę źle rozłożyłem siły. Z perspektywy czasu uważam, że powinienem dać z siebie trochę więcej na podjeździe oraz zmusić się do większego wysiłku podczas walki z wiatrem.

Wspomniana wcześniej kapryśna pogoda postanowiła spłatać figla startującym zawodnikom pod sam koniec. Techniczną trasę musieli pokonywać w deszczu, ale za to wiatr zmienił swój kierunek i wiał raczej w plecy. Wykorzystał to zwycięzca tego etapu – Szymon Woźniak, który ma swoją kolarską przeszłość we francuskich ekipach. A także trzeci na mecie Kuba Żurek. Właśnie tutaj ciekawym porównaniem jest odcinek początkowy na wale. Ja ze swoimi 307 watami ukręciłem na nim średnią prędkość 40,8km/h zaś Kuba kręcąc 311 watów uzyskał średnią 48km/h. Oczywiście nic tutaj Kubie nie ujmuję, bo pokonywanie tych wszystkich zakrętów na mokrej nawierzchni to mega duże wyzwanie. Zresztą, jeszcze Go tutaj pochwalę! Myślę, że mimo swej pogodowej zmienności warunki w jakimś stopniu dla wszystkich się zrównoważyły. Podium na drugim miejscu uzupełnił mój kolega teamowy – Adam Wójcik. Na Adama nie stawiałem na tej trasie kompletnie. Uważałem, że będzie gdzieś w okolicach 5-6 miejsca. No ale jak się 1km podjazd jedzie o 30 sekund szybciej od reszty… 🙂 Ja zaś zawody kończę na pozycji 28 tracąc do zwycięzcy minutę i 10 sekund. Co ciekawe, rok temu gdy byłem 25 do triumfatora straciłem prawie 3 minuty. Widać wyraźnie, że tegoroczny poziom zawodów był mega wyrównany.

Dzień drugi, czyli etap na terenie Spiszu rozpoczęliśmy pod Termą Bania w Białce Tatrzańskiej. Do pokonania 112km, niespełna 2000m pionu oraz 11 mniejszych i większych podjazdów. Wczesny start – o godzinie 9, to jest to, co lubię. Temperatura bardzo przyjemna. Niecałe 20 stopni. Czyli jest szansa, że uda się przejechać bez większych skurczy (co jest moim sporym problemem w upalne wyścigowe dni). Pierwsze kilometry to bardzo duża nerwowość w peletonie. Każdy fragment trasy to niesamowite tasowanie się zawodników. Każdy chce być z przodu (ale nie każdy oczywiście na zmianie). Skutkuje to wieloma nerwowymi sytuacjami i traceniem energii na różne przepychanki. Tak naprawdę, jeśli nie przepychasz się d przodu, to spływasz coraz niżej grupy. Ja również postanowiłem wziąć udział w tej „zabawie” i co jakiś czas to lewą, to prawą stroną szukałem swoich szans awansu. Końcówkę podjazdu pod Trybsz pojechałem na czele grupy, aby dobrze ustawić się przed zjazdem. A na zjeździe znowu mnóstwo przetasowań i walki. Kilka kilometrów dalej, zaraz przed drugim podjazdem postanowiłem znowu wyjść na czoło grupy, aby się gdzieś nie zgubić.

Dyktowałem swoje tempo na podjeździe mniej więcej do jego połowy, kiedy to zaczęły się harce tych, którzy postanowili zawalczyć o klasyfikację górską. Ataki Michała Glanza, poprawki Adama Wójcika wpływały na tempo w grupie. Na szczycie zameldowaliśmy się w grupie około 20 osobowej, jednak zjazd i długi fragment płaskiego sprawił, że po chwili było nas już około 80 osób. Kolejne kilometry przebiegały dość analogicznie, czyli walka o pozycję na płaskim, mocne tempo na podjeździe, spokojny zjazd, spokojne płaskie pierwsze kilometry, połączenie się grupy i znowu walka o pozycje przed kolejną górą. Wiadomo, Ci słabsi na podjeździe chcą być z przodu, aby sobie trochę spłynąć i załapać się w grupie. Ci mocniejsi w górach chcą być czujnie z przodu, bo im mega zależy na wyniku.

Trzeci podjazd pod Dursztyn był przedostatnim tego dnia. Z bardzo aktywnym na etapie Patrykiem Wójcikiem postanowiliśmy pomóc naszemu liderowi drużyny – Adamowi. Najpierw Patryk popracował trochę na czele grupy, aby zniwelować przewagę uciekiniera, później tę rolę przejąłem ja. Doprowadziłem grupę do podjazdu, tam mocno przycisnąłem pierwszy kilometr, odbiłem w lewo i wypatrywałem co to się stanie z grupą. Na czoło wysforowała się bodajże piątka zawodników: Wójcik, Tomana, Bartoszek, Woźniak, Żurek. Za nimi podążała grupa około 15 zawodników. Ja zaś znalazłem się w trzeciej grupie, najpierw kilku osobowej, a później także około 15 osobowej. I w takich składach dotarliśmy do finałowego podjazdu – Czarna Góra. Początkowo łagodny podjazd zmienił się w końcowej fazie w niezłą ściankę… Gdy na mecie wygrywał spokojnie Adam Wójcik, odbierając tym samym koszulkę lidera, ja walczyłem o to by nie zejść z roweru i nie poprowadzić. Na szczęście udało się wężem pokonać te ostatnie trudności i kilka minut później mogłem na mecie zameldować się na pozycji numer 31. Gdyby nie ten ostatni kilometr, pewnie byłbym 10 pozycji wyżej i z 1,5 minuty mniejszą stratą. Ale mówi się trudno i trenuje się dalej! Na podium stanęli tego dnia także Piotr Tomana oraz Damian Bartoszek. Po etapie wpadła przyjemna regeneracja w białczańskiej termie. Trochę kąpieli w lodowatej wodzie pozwoliło przygotować mięsień na niedzielę.

Trzeci etap (bynajmniej nie etap przyjaźni) to zmagania na Podhalu. 99km, 1800 pionu sprawiały, że wielu uważało ten etap za trudniejszy niż sobotni. No bo pionu prawie tyle samo, a kilometrów jakby trochę mniej. Czy tak rzeczywiście było? W mojej opinii nie. Tak naprawdę na trasie były 3 duże podjazdy pod Harkabuz i mnóstwo małych hopek, które „nabijały” ten pion. Start honorowy etapu tradycyjnie ze stadionu w Nowym Targu – odbył się punktualnie o godzinie 10. Temperatura nieco wyższa niż w sobotę, ale również akceptowalna dla moich mięśni. Pierwsze kilometry dużo spokojniejsze, jednak też nie brakło przepychanek, a nawet małej kraksy. Przed pierwszym dużym podjazdem Patryk i ja wzięliśmy się mocno do roboty, aby od razu mocno rozerwać stawkę. Ja mocno pociągnąłem na dolnych kilometrach Harkabuza. W planie pomógł nam nie kto inny jak harcownik – Michał Glanz i tak o to na pierwszej premii górskiej powstała czołówka około 10 zawodników. Za nią była około 12 osobowa grupa. A ja znalazłem się standardowo w grupie nr 3 między innymi z Patrykiem, czy ekipą Varso.

Kolejne kilometry przemierzaliśmy zgodnie, raczej spokojnym tempem. Mocniej na płaskim i hopach, zaś spokojnie – na remis- na „dużym podjeździe”. Od czasu do czasu poszczególni kolarze próbowali prób odjazdu, ale raczej wszystko było kasowane. Takie ospałe tempo udało się podkręcić około 25km przed metą. Po moich licznych namowach współpraca w grupie rozpoczęła się na poważnie. Prawie wszyscy dawali mocne zmiany. Ja się nie oszczędzałem, myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że pracowałem za dwóch, bo jak ktoś się migał od zmiany, to ja, aby nie psuło się tempo, wychodziłem za tego kogoś na zmianę, by pociąg mógł lecieć dalej. (Wybaczcie za to złożone zdanie 😀 ) Kilka kilometrów przed metą udało nam się dorwać dwójkę uciekinierów – Andrzeja Jarosza i Michała Ziułka. Sił, a raczej czasu zabrakło nam na Marcina Korzeniowskiego, który zdołał się przed nami obronić. Kilometr przed metą z grupy wystrzelił ziom, który cały etap przejechał na kole, nie dając żadnych zmian. Dzięki temu mógł na mecie zadowolić się 23 miejscem. Mi byłoby trochę wstyd, no ale jak kto lubi. Ja zafiniszowałem jako 29 osoba tego dnia. Etap padł łupem Arka Petki. Podium uzupełnili Łukasz Derheld i Piotr Tomana.

W klasyfikacji generalnej niezagrożenie triumfował Adam Wójcik przed Damianem Bartoszkiem i Kubą Żurkiem, który dzięki bonifikacie na premiach górskich zdołał zepchnąć Szymona Woźniaka na czwartą pozycję. Kolejny raz tutaj na blogu muszę podkreślić, że Kuba to rocznik 2002, więc w ogóle szacun. Gość chyba też na drugim etapie złapał gumę i musiał trochę czasu gonić pierwszą grupę. Nie mniejsze gratulacje należą się Adamowi, który przejechał ten wyścig bardzo mądrze i wygrał zasłużenie. Jako drużyna IN Mogilany Cycling Team w generalce zajęliśmy 4 miejsce, z kilkunastoma sekundami straty do podium. Trochę tego szkoda, ale nie przecież można mieć wszystkiego.

Czy zatem odczarowałem Nowy Targ Road Challenge? Ja śmiało uważam, że tak. 25 miejsce w generalce, bardzo solidna i aktywna jazda sprawia, że czuję dużą satysfakcję z tego wyniku. Treningi na płaskim Mazowszu są jednak w stanie przygotować w pewnym stopniu do tak górskiego wyścigu! Super prognostykiem był także brak skurczy na każdym z etapów. Taka sytuacja nie miała u mnie miejsca bardzo, bardzo dawno. Suplementacja magnezem i witaminą B6 od Active Life Energy nie poszła na marne 😀

Do zobaczenia za rok!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *