Menu Zamknij

II Edycja wyścigu szosowego Klasyk Podkarpacki

Chciałoby się napisać, że start w Klasyku Podkarpackim stał się już wakacyjną tradycją… ale, jako że była to dopiero druga edycja tej imprezy, to jeszcze jakiś czas się z tym sloganem wstrzymam. Bardzo chciałbym, aby takich wyścigów w – bądź co bądź – moim regionie było coraz to więcej. Nie tylko z uwagi na niesamowite, malownicze tereny, ale przede wszystkim ze względu na samą organizację. Rok temu po pierwszej edycji napisałem tutaj, że jedynym minusem była organizacja bufetu – teraz nie jestem w stanie wymienić żadnego minusa!

Przejdźmy jednak do samej rywalizacji zanim zrobi się za słodko. Do tego startu postanowiłem przygotować się dość sumiennie. Rozpisałem sobie plan treningowy na około 3 tygodnie, trochę pomógł mi w tym Marcin, który jest licencjonowanym trenerem kolarstwa (Hellmost – Twój trening, moja pasja). Dobra dyspozycja podczas czerwcowego Podhale Tour, a także fakt ścigania w moich rodzinnych stronach dały mi dużego kopa podczas tych treningów. Wszystko to sprawiło, że na linii startu czułem, że jestem bardzo dobrze przygotowany do tej imprezy.

Ruszyliśmy punktualnie o godzinie 12:30, przed nami w tym momencie były 72km trasy, około 1250m przewyższenia, zaś sama meta znajdowała się na krótkim podjeździe. Od startu tempo było bardzo spokojne. Sądziłem, że z uwagi na to, że dla wielu jest to pierwszy start w sezonie, będzie sporo prób mniejszych, bądź większych odjazdów.

Pierwszy atak przeprowadził znany z brawurowych akcji (zwłaszcza na pierwszych kilometrach wyścigu) – Kamil Kaczmarski, chcąc niejako powtórzyć mój zeszłoroczny „wyczyn”. Ruszył dość zdecydowanie i od razu zyskał kilkanaście sekund przewagi, gdyż peleton postanowił dać się wyszaleć reprezentantowi rzeszowskiej Zbiórki.

Pierwszym podjazdem była Lecka od Straszydla. Podjazd ani na blat, ani na małą tarczę… taki, na którym raczej nic nie powinno się wydarzyć, ale jednak trzeba jechać w czubie, aby gdzieś się nie zagapić. Dwa trzy mocniejsze zrywy braci Mateusza i Patryka Burdów zdały się nie zrobić na nikim wrażenia i na szczycie zameldowaliśmy się w sporej, kilkudziesięcioosobowej grupie. Uciekinier Kamil także powrócił do grupy zasadniczej.

Przed nami było wciąż dużo płaskiego dystansu, a na 20km czekał na nas najdłuższy, a przy okazji dość nieregularny, podjazd tego wyścigu. Jednak jeszcze przed nim na akcję zdecydował się Mariusz Łabędzki. Kolejny kolarz, który dostał przyzwolenie od peletonu na samotne harce złapał około 30-40 sekund przewagi i u podnóża podjazdu na chwilę straciliśmy go z pola widzenia. Na drugim podjeździe tempo znowu postanowili podkręcić bracia Burdowie.

Patryk nawet zyskał kilka sekund przewagi. Wtedy postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i nie pozwoliłem mu odjechać na większy dystans. Zaraz przed wypłaszczeniem znów jechaliśmy wszyscy razem. Przyszedł czas na poprawkę podjazdu, ale tutaj już z względnym spokojem dotarliśmy do szczytu, gdzie grupę rozerwać chciał Krzysiek vel Łopata (jak się później okazało była to wspaniała próba ataku pod kamerę, jednego z jego kolegów) 😀

Po zjeździe znów przyszła pora na zamulanie nogi na płaskim fragmencie trasy. Myślę, że był to dobry moment, aby kolejnych kilku kolarzy mogło powrócić do głównej grupy. Był to chyba też dobry moment do ataku dla jednego, bądź kilku bardzo mocnych kolarzy. W grupie nikt nie chciał wziąć się za dyktowanie tempa. Być może z uwagi na wiatr (wiejący w twarz przez pierwszą część wyścigu), być może z uwagi na przyjętą taktykę. Osobiście uważam, że można było tutaj zaryzykować jakąś ciekawą akcję i trochę żałuję tej niewykorzystanej szansy patrząc z perspektywy czasu.

Trzeci podjazd pod maszt radiowy w Hłudnie rozpoczynał się dość stromą ścianką, a następnie sukcesywnie odpuszczał swoim nachyleniem. Wciąż czujnie jechałem w okolicach pierwszej piątki. Na pierwszych metrach delikatnie od grupy odskoczył Damian Malita z teamu NSB Sport Team Rzeszów. Około kilometr przed szczytem postanowiłem wziąć ciężar wyścigu na swoje barki. Na czele grupy przejechałem przez szczyt, następnie dość kręty i przyjemny zjazd, by później z blatu (a jakże by inaczej!) podyktować tempo na serpentynkowym podjeździe pod Izdebki.

Podjazd ten znam jak własną kieszeń. Jego równe nachylenie pozwala ustawić sobie odpowiednie waty i po prostu jechać w miarę w strefie komfortu na przyzwoitym poziomie. Na podjeździe na chwilę z grupy wyskoczył Michał Glanz, jednak ja chcąc utrzymać równe waty nie zareagowałem na tę próbę i po chwili uciekinier został skasowany.

Tutaj nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o swoim kumplu Mateuszu, który na tym podjeździe po prostu dał z siebie wszystko (dosłownie wszystko 😀 ). Na szczycie pojawiliśmy się w, już mocno uszczuplonej, 12 osobowej grupie. Kręty zjazd przejechaliśmy dość spokojnie, następnie była krótka hopka, przejechana również bez większych fajerwerek (z wyjątkiem ostatnich 200 metrów, gdzie jeden z kolarzy zdecydował się na podkręcenie tempa). W między czasie, korzystając na spokojnym tempie, zdołało dojechać do nas jeszcze kilku zawodników. Wśród nich znalazł się Piotr Szczepanik, który od razu decydował się na atak. Jego przygoda trwała krótko, bo już na początku kolejnego podjazdu został On skasowany.

Kolejna góra, to podjazd od miejscowości Golcowa, przeze mnie nazywany „podjazdem pod bufet”, gdyż na jego szczycie właśnie zlokalizowany był punkt pożywienia. W ubiegłym roku to właśnie tutaj przegrałem swój wyścig, dlatego walkę o „przetrwanie” rozpocząłem z dużym respektem. Gdy zaczęło się robić bardziej stromo, to na samotną akcję zdecydował się Michał Glanz (zawodnik dobrze znany bywalcom maratonów MTB). Ciekawostką o Michale jest to, że był to jego pierwszy start na szosie w swojej karierze. Michał ruszył na tyle zdecydowanie, że nikt inny nie był w stanie utrzymać jego koła. Szczerze mówiąc, tutaj bardzo mocno sugerowałem się reakcją (a raczej jej braku) ze strony Mateusza Rejcha. Moim założeniem od początku było pilnowanie jego koła i może gdyby On podążył za Michałem, to i ja zdobyłbym się na wyżyny swoich możliwości, a tak moja głowa się uspokoiła, że skoro Mateusz nie dał rady, to i ja też nie muszę. Na szczycie uciekinier zyskiwał nad nami około 25 sekund. Ja znalazłem się w grupie, której zadaniem od tego momentu była pogoń. Zostaliśmy z tym zadaniem jakoś w 6-7 osób. Jednak zmęczenie oraz wysokie temperatury dawały się już nam wszystkim we znaki i chyba większość z nas powoli czuła, że pierwsze miejsce być może odjechało bezpowrotnie.

Na zjeździe straciliśmy Michała kompletnie z pola widzenia. Nasza grupa w między czasie powiększyła się znowu do około 12 osób. Przed nami pozostawało 15km do mety. Przedostatni podjazd rozpoczął się mocnym atakiem ze przyspieszeniem Maćka Szczepanika, Amadeusza Brachaczka oraz Patrycjusza Urbanka. Ta trójka zdawała się mieć najwięcej ochoty (i sił) na walkę o dwa brakujące miejsca na podium. Ja zaś po chwili kryzysu wróciłem na właściwy rytm i złapałem koło grupki z Mateuszami: Rejchem, Burdą, Szymbarą, oraz Jankiem Śmietaną.

Na szczycie bynajmniej nie czekał nas zjazd, lecz około dwukilometrowy, wymagający dużego skupienia, odcinek szutrowy. Tutaj każdy początkowo wybierał swój tor jazdy, ja „ślepo” podążałem za Mateuszem Rejchem, licząc na jego spore doświadczenie z zawodów MTB. Po chwili zauważyłem, że Patrycjusz, a chwilę później Maciek z grupy przed nami złapali gumę. Ta okoliczność sprawiła, że znów moja grupa zaczęła liczyć się w walce o pudło.

W naszej grupie jak się później okazało defekt przydarzył się Mateuszowi Burdzie (który na gumie ukończył zmagania, by ratować kasyfikację drużynową dla STS Jordan Wola Mała). Rozpoczynając zjazd nie widzieliśmy niestety nikogo przed nami, więc zasadne było myślenie raczej tylko o miejscu numer 3. Ku mojemu zaskoczeniu na zjeździe na samotną akcję zdecydował się Mateusz Szymbara. Byłem nieco zaskoczony tym faktem, gdyż Mateusz na poprzednich podjazdach zdawał się delikatnie odstawać od czoła wyścigu i po prostu bardzo go zlekceważyłem, jak i zresztą pozostali moi kompani. Na końcu zjazdu mieliśmy już spory problem z dostrzeżeniem w oddali Mateusza. Morale grupy tutaj mocno ucierpiały. U mnie zaczęły pojawiać się coraz mocniejsze skurcze w udach. Zdaje się, że postanowiliśmy wszyscy, że dojedziemy do finałowego podjazdu i każdy pojedzie tyle, ile mu jeszcze zostało.

Mi, jak się okazało, zostało najmniej… dlatego szybko odpuściłem walkę o czołowe miejsca. Nie pamiętam już kiedy dostałem takich mocnych skurczy. W pewnym momencie myślałem, że będę zmuszony zejść z roweru. Tak się na szczęście nie stało i po chwili odzyskałem w miarę sensowny rytm kręcenia, gdy nachylenie trochę odpuściło. Niestety w między czasie wyprzedziła mnie jeszcze trójka zawodników, którzy chyba po prostu lepiej rozłożyły swoje siły. Mimo, że dwóch zawodników miałem ciągle na przysłowiowym widelcu, to nie byłem w stanie zrobić już kompletnie nic, aby powalczyć o trochę lepszą lokatę.

Cały wyścig padł łupem Michała Glanza, drugie miejsce przypadło Amadeuszowy Brachaczkowi, zaś podium uzupełnił Mateusz Szymbara. Ja doczłapałem się do mety na 9 miejscu, w swojej kategorii wiekowej do lat 29 zająłem 4 miejsce, także jako 4 zostałem sklasyfikowany wśród mieszkańców Podkarpacia).

Ogólnie rzecz ujmując jestem bardzo zadowolony ze swojej dyspozycji. Na co dzień mam (nie)przyjemność trenować na płaskich jak stół terenach Mazowsza, więc te górki były dla mnie jakimś małym wyzwaniem. Jednak patrząc na cały przebieg rywalizacji nie mam sobie wiele do zarzucenia. Dałem z siebie absolutnie wszystko i to jest dla mnie najważniejsze.

Tak jak już pisałem we wstępie, organizacja imprezy stoi naprawdę na niesamowicie wysokim poziomie, również nagrody w poszczególnych kategoriach sprawiają, że chce się brać udział w takich zawodach i dawać z siebie coś więcej niż maxa. Szkoda, że sytuacja epidemii panująca obecnie sprawiła, że na starcie nie mogło pojawić się więcej niż 150 zawodników. Mam nadzieję, że za rok spotkamy się w jeszcze większym gronie, a ja w jeszcze lepszej formie sportowej!

Dziękuję przy okazji ekipie NSB Sport Team Rzeszów za możliwość ścigania się w Waszych szeregach, a przy okazji zwycięstwa w klasyfikacji drużynowej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *