Menu Zamknij

Maraton szosowy – Podhale Tour 2020

W minioną sobotę odbył się maraton szosowy Podhale Tour. Tym razem organizatorzy zaserwowali nam trasę o długości 300 km, zaś pionu 3850 m. W latach ubiegłych Podhale Tour był wyścigiem 4 bądź 5 etapowym z trasami nieprzekraczającymi 100 km długości. Z tej imprezy mam dużo wspaniałych wspomnień, zarówno pod względem rywalizacji sportowej, jak i samej organizacji oraz zabezpieczenia trasy.

Ale pozostańmy jednak przy tegorocznej edycji. Trasa maratonu prowadziła przez tereny Podhala, Żywiecczyzny, Orawy oraz Spiszu. Po drodze uczestniczy musieli zmierzyć się między innymi z najwyżej położoną przełęczą szosową w Polsce – Krowiarkami (1012 m n. p. m.), podjazdem pod Przełęcz Kocierską, Przełęcz Przysłop, Przełęcz Knurowską, a także wieloma innymi podjazdami.

Osobiście do startu w tej imprezie skusiły mnie te dwie pierwsze przełęcze, które od dawna są na mojej liście do odhaczenia, a że była to też okazja do sprawdzenia nogi na pierwszym szosowym wyścigu w tym sezonie to długo się nie wahałem. Jako, że decyzję o starcie podjąłem 9 dni przed imprezą, to nie miałem za wiele możliwości się do niej jakoś specjalnie przygotować. Tydzień przed zawodami zupełnie spontanicznie udało mi się wybrać z ekipą kolegów z Rzeszowa do Krakowa. Trasa 220 km była całkiem dobrym przetarciem przed głównym daniem.

A to główne danie zapowiadało się, że będzie degustowane w ogromnych strugach deszczu. Dość powiedzieć, że te bardziej optymistyczne prognozy pogody mówiły, że tego dnia spadnie około 25 mm deszczu, zaś mniej optymistyczne pokazywały, że okolice Spytkowic (czyli miejsca startu imprezy) nawiedzą największe opady deszczu z całej… Europy.

Na mnie te informacje jakoś większego wrażenia nie robiły, bo w sumie to lubię ściganie w deszczu. Po drugie te 300 km w takich ekstremalnych warunkach pogodowych to niezła przygoda, którą można później sobie czasem powspominać.

Formuła zawodów wyglądała tak, że start zawodników odbywał się w grupach około 6-8 osobowych w 10 minutowych odstępach czasu. Cały wyścig odbywać się miał w otwartym ruchu drogowym, stąd taka decyzja organizatorów. Pierwsi śmiałkowie na trasę wyruszyli jeszcze przed świtem tego najdłuższego dnia roku – o godzinie 4:00. Start mojej grupy zaplanowany został na godzinę 6:20. Z Krakowa do Spytkowic ruszyliśmy około godziny 4:20, żeby na miejscu zameldować się kilka minut po godzinie 5. Było więc dostatecznie dużo czasu na ostateczne przygotowanie sprzętu, zjedzenie śniadania oraz dobranie ubioru do panujących warunków pogodowych. Ku naszemu zaskoczeniu, mimo że na trasie dojazdu cały czas padał deszcz, to w miejscu startu było całkiem sucho.

Informacja ta jednak nie wpłynęła na mój dobór ubioru na ten wyścig. Prognozy przewidywały max 19 stopni ciepła, dlatego zdecydowałem że ruszę przyodziany zarówno w rękawki, jak i nogawki, a pod koszulką założę także potówkę. Jak się później okaże, mój ubiór będzie istnym strzałem w 10.

Jeszcze tylko włączyć lampki KNOG i można ruszać!

Wystartowałem w grupie razem z pięcioma kolegami (Marcin Gołuszka, Kuba Chryczyk, Filip Śniadecki, Grzesiek Kubala, Mirosław Sólnica) z teamu Bike-RS . Zaś 10 minut przed nami startowała kolejna piątka z tego samego teamu (Marcin Poręba, Mateusz Poręba, Paweł Talaga, Olaf Rozwadowski, oraz Dariusz Malinowski). Celem było połączenie sił po około 80 km trasy (po zjeździe z Kocierzy), gdzie czekać nas miało około 100 km względnie „płaskiej” trasy. Jak się okazało, nie potrzebowaliśmy wcale 80 km, aby dogonić wcześniejsza grupę, lecz tylko 25 km… Oznaczać to mogło dwie rzeczy. Pierwsza – byliśmy w całkiem niezłej dyspozycji. Druga – ruszyliśmy zbyt mocno. Siły połączyliśmy więc na zjeździe z zamglonej i przemoczonej do suchej nitki Przełęczy Krowiarki i w około 10 osobowym składzie ruszyliśmy w dalszą część trasy.

Tu początek podjazdu pod Krowiarki, jeszcze względnie sucho 🙂

Jeszcze przed Kocierzą, a więc pierwszym punktem bufetowym wszyscy przemokliśmy do suchej nitki. Wtedy właśnie prognozy pogody zaczęły się sprawdzać odwrotnie proporcjonalnie do moich klocków hamulcowych… Niestety, gdzieś zagubiłem swoje klocki do kół Campagnolo i założyłem jakieś zapasowe, które niestety nie sprawdziły się w tej pogodzie. Dlatego na zjazdach starałem się jechać bardzo zachowawczo, nie decydując się na żadne ryzyko.

Przełęcz Kocierska wjechana bardzo spokojnie, bez szaleństw

Na pierwszym punkcie żywieniowym zjawiliśmy się ze średnią prędkością około 31 km/h. A więc nieco powyżej założeń grupy (30 km/h średniej z całości). Jako, że nie chciałem ryzykować wychłodzenia organizmu, to szybko uzupełniłem izotonik w bidonie, chwyciłem torbę bufetową i ruszyłem powoli na dół, aby właśnie na dole poczekać na resztę ekipy i spokojnie coś zjeść. Ku mojemu zaskoczeniu na zjeździe powoli przestawał padać deszcz, by na dole spotkać się z suchym asfaltem. Była to bardzo pozytywna informacja zważywszy na to, że za chwilę czekały nas przejazdy przez dwa miasteczka – Andrychów oraz Wadowice. Po chwili dojechali koledzy, więc mogliśmy ruszyć na te „płaskie 100 km” pełnym ogniem. Współpraca układała nam się bardzo dobrze. W między czasie udało nam się też wszystkim wyschnąć. Kolejne kilometry upływały bardzo sprawnie. Moje odczucia po pierwszych 100 km trasy były takie, że praktycznie nie czułem ich w nogach. Psychika była przygotowana na ekstremalnie trudny wysiłek, a szło dość gładko.

Pierwsze objawy zmęczenia pojawiły się w nogach na około 130 km. Wtedy też zdecydowałem, że delikatnie zacznę się oszczędzać. Dawałem nieco krótsze zmiany, a także nie forsowałem tempa na podjeździe pod Bieńkówkę (czyli drugi punkt żywieniowy). Wtedy tez drugi raz zatrzymałem się na spełnienie swojej potrzeby fizjologicznej, spokojnie wziąłem jedzenie i tak jak zaplanowałem ruszyłem od razu na dół, aby nie marznąc niepotrzebnie. W międzyczasie przepołowiliśmy dystans i właśnie wtedy czekał nas podjazd pod Lubomierz. Jak analizowałem trasę, to obawiałem się tego fragmentu z dwóch powodów. Jest to taki podjazd około 2-3% ciągnący się przez ponad 10 km. A jako, że wkraczaliśmy w drugą połowę wyścigu to tutaj mogło się nawarstwić już jakieś większe zmęczenie. Sam podjazd poszedł jednak spokojnie po zmianach, dzięki czemu mogliśmy się sprawnie zameldować na trzecim punkcie żywieniowym.

Ten bufet ogarnęliśmy dość sprawnie, być może dlatego, że kątem oka dostrzegliśmy grupę czterech zawodników z teamu 72D, którzy wystartowali 20 minut za nami. Na zjeździe poszła bardzo mocna praca. W między czasie też minęliśmy się z Tomkiem Marczyńskim. Ja walczyłem z drożdżówką, którą wręcz w pewnym momencie musiałem na siłę wciskać w siebie i popijać ją wodą, aby dostarczyć do organizmu odpowiednią ilość jedzenia.

Kolejnym wyzwaniem tego dnia była już dobrze mi znana Przełęcz Knurowska. Tutaj odbyłem kolejną walkę ze swoim organizmem, tym razem przez kilkanaście minut próbowałem zjeść batona. I w momencie kiedy ta sztuka mi się udała, to dogoniła nas wcześniej wspomniana czwórka z 72DAndrzej Jarosz, Krzysiek Celary, Jakub Żurek i Grzegorz Grzywa. Wcześniej byliśmy przygotowani z chłopakami na ten scenariusz i sygnalizowałem im, że jeśli tak się stanie to spróbuję się zabrać w ten nowy pociąg.

I tak też się stało, dołączył do nas także Grzesiek Kubala, z czego bardzo się ucieszyłem i w szóstkę ruszyliśmy na ostatnie 80 km. Tempo było nieco żwawsze niż przez wcześniejsze 220 km, ale stwierdziłem, że tego dnia i tak planowałem się mocno zmęczyć, więc nie ma co narzekać! W między czasie po raz kolejny zaczął padać deszcz, który sprawił, że znowu byliśmy totalnie przemoczeni. Na szczycie Knurowskiej czwórka z 72D zatrzymała się na krótki bufet, a my ruszyliśmy spokojnie w dół. Bardzo na rękę była mi ta sytuacja,  gdyż na zjeździe jest około 50 ostrych zakrętów, co na mokrej nawierzchni i bez sprawnych klocków hamulcowych jest sporym wyzwaniem.

Na dole jechaliśmy początkowo dość zachowawczo, próbując coś jeszcze przekąsić i po prostu oczekując na chłopaków. Ale wciąż nie widzieliśmy ich na horyzoncie więc postanowiliśmy podkręcić nieco tempo, żeby nie wypaść z rytmu. Na około 50 km do mety zacząłem mieć przed oczami jakies małe ciemne plamy, a obraz zaczął delikatnie pulsować. Postanowiłem sięgnąć po raz kolejny do kieszonki i po raz kolejny dać wyzwanie swojej wątrobie. W między czasie dogoniła nas czwórka i wspólnie wyjechaliśmy na ostatni punkt żywieniowy tego dnia. Na szczyt Trybsza wyjechałem jako pierwszy. Chwyciłem w locie szybko bidon myśląc, że reszta też nie będzie już stawała. Okazało się jednak, że czwórka z 72D znowu postanowiła zrobić sobie sprawnego stopa, zaś ja z Grześkiem stwierdziliśmy, że jedziemy do mety… Być może była to decyzja mocno na wyrost, bo mimo, że już w myślach byliśmy na mecie to wciąż do tej mety brakowało nam dobre 40 kilometrów. W Nowym Targu, a więc około 25km przed metą znowu jechaliśmy w szóstkę, a przed nami jawił się ostatni podjazd tego dnia… niewdzięczny, bo na głównej drodze – Zakopiance. Samochody nie ułatwiały tej wspinaczki, w między czasie Grzegorz mówi pas, a ja staram się utrzymać koła chłopakom. To mi się z trudem udaje. Po chwili skręcamy w lewo i moim oczom ukazuje się pionowa ściana…

Myślałem, że to już koniec trudności tego dnia, ale niestety nic bardziej mylnego. Na ostatnim kilometrze podjazdu walczyłem już na 120% tego co mi zostało, a jako że zostało niewiele, to spróbujcie sobie wyobrazić tę walkę, gdy zawodnicy przede mną niemiłosiernie dają w korby i próbują zniknąć mi z pola widzenia. Szczęśliwie na szczyt wyjechałem jako czwarty, mając za sobą jednego zawodnika z 72D. Na zjeździe wszyscy jechaliśmy dość zachowawczo z uwagi na rzęsiście padający deszcz i w połowie podjazdu znowu jechaliśmy razem… w piątkę.

I w tym momencie gdy już myślałem, że wszelkie trudności za nami, a do mety zostaje około 10 km zaczęło dziać się najgorsze. Na oczy widziałem już praktycznie tylko migające plamki chłopaków przede mną i jakiś delikatny zarys szosy. Wszystko inne było mocno zamazane. Zacząłem się mocno niepokoić już o swój stan obawiając się abym gdzieś po prostu nie zemdlał. W pewnym momencie na zjeździe prawie wjechałem na krawężnik chodnika, myśląc, że to… betonowe pobocze. Zacząłem do siebie wręcz krzyczeć w myślach, aby jeszcze na ten moment się skoncentrować. I to się jakoś tam udało. Kilka kilometrów przed metą miałem chyba jeszcze jakiś delikatny omam, wydawało mi się, że jakiś samochód jedzie po łące w moją stronę, ale coś mi mówi, że żadnego samochodu tam nie było 😀

Ostatnie 5 kilometrów rozpoczęły się od ataku Jakuba Żurka (co warto podkreślić – rocznik 2002). Gość po 295 kilometrach jazdy był w stanie oddać jeszcze na tyle mocny skok, że do mety już nie byliśmy w stanie go doścignąć. Kuba dzięki temu zgarnął drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Zaś pozostałe miejsca (3-5) dzięki super drużynowej jeździe zajęli pozostali jego koledzy z drużyny. Ja do mety dojechałem razem z chłopakami (spędzając 20 minut dłużej na trasie), co uważam w sumie za duży sukces. Kilka chwil po mnie na mecie zameldował się zwycięzca całej imprezy – Adam Wójcik. Gość jest niesamowity. Ostatnie 220 km przejechał na solo… brak słów na ten wyczyn. W pokonanym polu pozostawił obecnego tego dnia Przemysława Niemca (który kilka lat temu wygrywał etap na wyścigu La Vuelta, a generalkę na Giro kończył w top 6, który tego dnia jechał cały czas po zmianach wraz ze swoją drużyną). Wielkie Gratulacje Adam! Wielkie gratulacje dla Wszystkich, którzy ukończyli ten wyścig!

Chwilę po Adamie wpadł kolega z „ucieczki” Grzesiek, a kilkanaście minut po nim reszta ekipy Bike-RS, z  którą miałem wielką przyjemność walczyć na trasie przez większość czasu.

Tutaj należą się wielkie podziękowania dla chłopaków z Bike-RS. Nie tylko za transport na zawody, ale przede wszystkim za możliwość jazdy z nimi oraz fantastyczną obstawę na każdym bufecie przez Szymona! Czapki z głów! Plus oczywiście gratulacje dla Nich za zgarnięcie 2 miejsca w klasyfikacji drużynowej 😉

Osobiście zmagania kończę na 15 miejscu, spędzając na trasie niewiele ponad 9 godzin. Celem drużyny było złamanie 10 godzin, moim celem było 9 godzin. Brakło niewiele, choć i tak jestem mega, mega zadowolony. Średnia z całej trasy wyszła ponad 33 km/h, co jak teraz na chłodno myślę, przy tych przewyższeniach jest wynikiem z kosmosu! Kalorii spalilem lekko ponad 7000. Zjadłem 6 żeli, 3 paczki żelek, 3 batony białkowe, wypiłem 3 magnezy, przegryzłem bułkę z serem i szynką oraz zjadłem jedną drożdżówkę z jabłkiem 😀 TSSów uzbierało się aż 560, co jest chyba moim rekordem życiowym. A link do Stravy znajdziecie -> TUTAJ!

Dzięki TC Orzeł  Spytkowice za super wyścig, za wspaniałą organizację. Każdy z uczestników miał pełne wsparcie na każdym bufecie i dzięki temu mógł jechać w ciągłym komforcie. Jestem przekonany, że jeśli ta impreza odbędzie się za rok (a czemu by nie!), to z wielką przyjemnością stanę znowu na starcie, aby zmierzyć się z kolejnym ekstremalnym dystansem.

 

PS. Fotki autorstwa: Bachoorz, Magdalena Kowalcze, Ignacy Grubka i Grzegorz Żółtek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *