Menu Zamknij

Krótko i zwięźle o tym, jak to było na Klasyku Podkarpackim!

(Zacznę od usprawiedliwień)

Pomimo 270km w nogach, czyli podróży na wyścig rowerem z Warszawy, czułem dużą świeżość i nastawiałem się na walkę.

Ostatnie przygotowania i zaraz ruszamy!

Obecny sezon mam taki trochę przejściowy. Wyniki dużo słabsze niż w latach poprzednich, ale za to frajda ze ścigania większa niż zwykle.

Dawać już ten start!

Wyścig na moich terenach, gdzie trenowałem niezliczoną ilość razy wręcz wzywał mnie do pokazania się w nim i nie jechania na kole na świadka. Dlatego postanowiłem od startu zawiązać jakąś ucieczkę. Pierwsza próba została szybko skasowana. Chwile później druga, już skuteczna. Pech chce, że w odjeździe znalazłem się sam. Ale postanowiłem spróbować.

Czas rozruszać towarzystwo i przywitać na moim terenie 😉

Płaski początek jechałem nieco mocniej, aby zwiększyć przewagę. Gdy zaczął się podjazd to ustawiłem sobie swoje 310 watów i starałem się to trzymać. Tętno wskazywało, że jadę dość mocno, ale to zapewne za sprawą kawy w szklance od Rafała 😉

Ile do mety? 😀

No i tak sobie jechałem, przewagę wypracowałem około 40 sekund, ale im bliżej szczytu tym grupa jechała mocniej. Na szczycie miałem już jakieś 20 sekund przewagi. Zjazd pojechałem spokojnie i na płaskim raczej wyczekiwałem już grupy, aby trochę odpocząć.

Drugi podjazd tego dnia, to solidna ścianka w miejscowości Kąkolówka. Spora ilość znajomych sprawiła, że wyjechałem się tam na maxa i utrzymałem w ukształtowanej wtedy czołówce około 15 zawodników. Na takim fałszywym wypłaszczeniu odjechało jednak dwóch, jak się później okazało, najmocniejszych tego dnia: Marek Wojnarowski (72D) i Oskar Pluciński. Wydawało się, że odjazd z niczego (by nie powiedzieć brzydko). Było nas kilkanaście osób do pracy, ale większość z nas była już na limitach, ponadto trzech kolejnych zawodników 72D nie ułatwiało tej pogoni. Trzeci podjazd to dla wielu znowu walka o przetrwanie, a na szczyt wyjeżdżamy już w 9.

Daleko jeszcze?

Kręty zjazd i créme de la créme tego dnia: Izdebki! Uwielbiam ten podjazd, kilkanaście serpentyn to taka trochę namiastka tego co pod dostatkiem np. w Alpach.

Na szczycie tego podjazdu umiejscowiona była, jedyna tego dnia, premia górska. Padła ona łupem dwójki uciekinierów. Ja na szczycie zameldowałem się na czele grupy pościgowej skąd zacząłem zachęcać jeszcze kompanów pościgu do pracy na zmianach.

Premia Górska

Ale jakoś wtedy zrozumiałem, że chyba już wszyscy pogodzili się, że pozostała nam walka o 3 miejsce. Zjazd pojechaliśmy zachowawczo, kolejny podjazd bez większej historii. Na uwagę zasługuje głównie jego końcówka. Kilometrowy odcinek szutrowy, na którym myślałem, że coś się może zacznie dziać. Faktycznie, na szczyt wyjechaliśmy w niewielkich różnicach czasowych, ale na zjeździe znowu wszyscy jechaliśmy razem. No prawie wszyscy… pecha miał Maciek Habrat (72D) i na wspomnianych szutrach złapał gumę. Mógł to być ważny zwrot wyścigu z tego względu, że gdyby ucieczka została doścignięta to Maciek był zdecydowanie drugą kartą w talii jego drużyny i był też relatywnie wypoczęty, no w pogoni nam nie pomagał…

Ale przejdźmy do kolejnego podjazdu. Tam tempo zaczął dyktować mój dobry znajomy, Mateusz Rejch (wiecie, ten przez którego przyjechałem tu z Warszawy rowerem). Tego podjazdu nie jechałem chyba nigdy. Początek taki 2-3% i nagle się zaczęła ścianka… a moja zabawa zakończyła… nie wiem w sumie co się ze mną stało. Nagła niemoc w nogach. Mocny skurcz w udzie i musiałem odpuścić piątkę (szóstkę?), która pognała do przodu. Dojechał do mnie po chwili Krystian Piróg. Na szczycie lekko odżyłem, trochę pojechaliśmy po zmianach. Dogoniliśmy jednego zawodnika, który również nie wytrzymał tempa pogoni. W bidonach wtedy miałem izotonika może na dwa łyki. Dojeżdżamy do bufetu. Krzyczymy, aby podali nam jakąś wodę czy cokolwiek płynnego, ale niestety się nie doczekaliśmy… woda była, ale w bukłakach 5 litrowych (mam nadzieję, że w kolejnych edycjach będą jakieś bidony albo chociaż kubeczki – to w sumie jedyny minus tego wyścigu). Jedziemy zjazd, trochę płaskiego i rozpoczynamy kolejny podjazd, na którym po 300m już pożegnałem się z kompanami pościgu pościgu. Wtedy do mety miałem jakieś 23km i byłem skazany praktycznie na samego siebie i bez grama wody w bidonie… no i przejechałem tak kilkanaście kilometrów.

Na razie chłopaki… widzimy się na mecie 😀

„Pomoc” nadeszła 8km przed metą w postaci Mateusza Bielenia, Krzyśka Łopaty i jeszcze jednego zawodnika. Złapałem się im na koło. W między czasie podjechał ktoś z obsługi wyścigu na motocyklu i poczęstował nas wodą z bidonu. Przedostatni podjazd to znowu walka o przetrwanie. Wcześniej wspomniana trójka szybko odjechała, a ja znowu sam. Minąłem jeszcze Maćka Szczepanika, którego skurcze pokonały jeszcze bardziej niż mnie i zacząłem zjazd do podnóża finałowego podjazdu. Nie widziałem nikogo przed sobą, nikogo za sobą i jechałem tyle ile mogłem, aby mięśnie nie krzyczały, że chcą już spokoju. Przy trasie sporo znajomych twarzy ze złocistym trunkiem przy ustach nie ułatwiały sprawy dotarcia do mety, no ale się udało… udało się dojechać do mety… 13 miejsce open. 6 w kategorii. Wynik dobry. Jazda solidna. Ale jednak na swoim terenie chciałoby się nieco więcej.

Po raz kolejny przegrałem ze skurczami w drugiej fazie wyścigu. Ale po raz pierwszy od dwóch lat byłem w stanie dać z siebie 110% na początku, gdy szły decydujące akcje i z tego jestem bardzo zadowolony!
Na waty nie zwracałem już większej uwagi. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to zapraszam na moją Stravę 😉

Wygrał Oskar Pluciński, od niedawna Rzeszowianin, więc w sumie fajnie. Drugie miejsce jego kompan ucieczki Marek z teamu 72D. Podium uzupełnił Andrzej Jarosz z tej samej drużyny.

Chylę czoła dla organizatorów! Pierwsza edycja, ale oni wiedzą jak to robić! Doświadczenie z MTB nie poszło, nomen omen, w las 😀

Przynajmniej pozostaną mi fajne fotki 🙂

Widzimy się za rok, jak tylko zdrówko pozwoli!

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *